sobota, 20 lutego 2016

wybiegowisko


kocham Życie –
las, strumienie, plażę, morze
zawieruchę, sztorm, zawieje śnieżne
śnieg skrzypiący pod butami,
księżyc w pełni
bosość na chrzęszczącym piasku plaży
ludzi czasem także -
kiedy śpią
*
Listopadowa piąta trzydzieści. Przed wschodem słońca. „Nieciemno”. Wietrzny chłodek, przymarznięte kałuże.
Zbieracze z wózkiem obok pojemników na śmieci – gotowe do załadowania kartony wypełnione butelkami.
Zmrożony piasek plaży. Nad horyzontem, spod ciemnego kłębowiska chmur wydobywająca się jasność. Zamiast wschodu będzie powschodzie słońca.
Morze figlarne, wesołe, żwawe. Krótkie niskie języki fal przed powrotem w morska toń oblizują plażę. Prześcigają się, swawolą, baraszkują. Fala na fali i przy fali – inne od długich i leniwych, z wyraźnymi odstępami między sobą, skradających się w kierunku plaży, zachłannych, penetrujących plażę, zderzających się w drodze powrotnej z następnym cielskiem wody. Te jeszcze nadejdą – innym razem.
Wietrzyk w twarz. Ożywiające się ptaki – mewy, kaczki. Wrona siedząca na szczycie brzozy niczym sęp wypatrujący padliny. Truchtam. Jak więzień w celi drepczący tu i tam… „myślisz, że gdy chodzisz to nie siedzisz?” – pyta współwięzień.
Podobnie i te nasze przemierzanie różnorodnych obszarów, zarówno tych rzeczywistych, jak i wydumanych – to także coś w rodzaju takiego dreptania tu i tam. Jak wilki w klatce – biegające niczym w obłędzie po wydeptanych przez siebie ścieżkach. Czy bezmyślnie? Chyba nie. Smutny to widok.

W jakim stopniu do klatek, do skorup wtłaczani jesteśmy przez otoczenie, a w jakim stwarzamy je sobie sami? Trudno orzec, a poza tym jaka to różnica? Istotniejsze jest chyba to, czy jesteśmy w stanie z nich się wydostać.

Z „Litego boru” Andrzeja Żuławskiego:
"...zapytałem Felki, idąc w kierunku stacji kolei podmiejskiej, czy w Drohomilu jest furtka w sadzie, a Felka popatrzyła na mnie uważnie szarymi dobrymi oczami, pomyślałem, mądrymi energicznymi oczami, pomyślałem, i zobaczyłem po raz pierwszy jak Felka jest piękna, i Felka powiedziała: - Jest sad i jest furtka w sadzie, i jest bór dookoła. A ja powiedziałem, obejmując ją za ramiona i idąc, i idąc po raz pierwszy pocałowałem ją w usta czując miękkość i twardość jej ust: - Ja wyjdę szczęśliwie przez tę furtkę w sadzie."
Nasze niepokoje to może właśnie takie klatki, i nawet sady, z furtkami, które trzeba odnaleźć, uczynić? Takie wewnętrzne pęta (te niepokoje).
Nawet stado na wolności to klatka swojego rodzaju. A co nie jest klatką? Czy furtki złudne – to także drzwi do innych klatek?
Które z nich są wejściem, a które wyjściem?

„Paranoja! Gdzie są okna, gdzie są drzwi?!” (Dżem).
24 listopada 2001

świato-podgląd

Po drodze. Ująłem krótko, czy raczej streściłem w jednej myśli to, co każdego dnia samo się narzuca, gdy idę wśród tłumu. „Wśród” chyba za wiele powiedziane, bo ów tłum, każdy osobnik z osobna, mnie wyprzedza, nie płynę z jego nurtem. Nawet starcy, a niektórzy z nich o lasce. Oczywiście są i ci, którzy idąc z naprzeciwka mnie mijają. Chodzi o nogi i spodnie, również o kurtki. Także o kroki, o styl chodu, ale w tej chwili te schodzą na drugi plan. Wychodzę przeważnie o stałej godzinie, jeżdżę kolejką o stałej porze. Raz skład pociągu jest normalny, czyli długi, raz krótki. Raz jest ścisk, inny razem luz i wolne miejsca siedzące. W tym dostrzeganiu głównie o kobiety chodzi, gdyż „repertuar” nóg, spodni i kurtek (czasem płaszczów) jest o wiele bogatszy niż u mężczyzn. A poza tym, który facet przyglądałby się facetom… OK., przynajmniej ja im się nie przyglądam. Chociaż sposobów ich poruszania się jest niemało. I nie chodzi o wielość niczym specjalnie się nie wyróżniających „chodów” (tych facetów), lecz o te z nich, które sobie pakuję do szufladki z napisem „karykaturalne”. Tak więc, wracając do kobiet, głównie do tych, które mnie wyprzedzają, rozpoznaję znane mi już nogi i buty. Do tego często bardzo kuse kurteczki, a wówczas całą długość spodni, czyli także (głównie) ich górną część (nóg, pod spodniami), mam jak na dłoni. Gdy na wielogatunkową kwiecistą łąkę patrzę, także na jakieś pogorzelisko, wówczas, na pierwszy rzut oka, nie o poszczególne kwiaty lub elementy gruzowiska mi chodzi. Podobnie z tymi nogami, czyli najpierw dociera do mnie ich wielościowa jedna całość, jak np. stado krów czy koni na pastwisku. Po chwili wyłuskuję oczami poszczególne egzemplarze. Ale tak było na początku mojego dojeżdżania, lata temu, a nawet jeszcze dawniej. Czyli od nie wiadomo kiedy od razu zawieszam wzrok na poszczególnych egzemplarzach. Staram się unikać oceniania, pilnuję się, ale nie zawsze to mi się udaje. Staram się dopuszczać do głosu jedynie pytania „dlaczego?” i „po co?”. Chodzi o przybieranie (jak w przypadku drzewka bożonarodzeniowego) ciała od bioder w dół. Chociaż w drugą stronę, w górę, też ciekawie bywa. Zdarza się, że odzienie rzeczywiście okryciem bywa, często jednak, że tak sobie to określę, podkreśla nagość, czyli pomimo że zakrytą, to jednak podkreślaną, uwypuklaną. Obcisłość? Tak, najczęściej chyba o to zjawisko chodzi. Facet kobiety nie zrozumie, te z kolei swoich sekretów mu nie zdradzą, czyli „dlaczego tak, a nie inaczej?”, albo „dlaczego inaczej, a nie tak?”. Zresztą, pytania takie są tak samo zasadne jak np. „dlaczego maki są czerwone?”, albo „dlaczego krowa ma rogi, a koń ich nie ma?”. Albo: „mamo, dlaczego słońce nazywa się słońce?”.
Zaczęło się dzisiaj rano od „czekania na nastrój” do sklecenia jakiejś pisanki. A jeśli „czekanie”, to natychmiast pojawia się „Godot”. Zerkam do artykułu w Internecie „Samuel Beckett i Emile Cioran – zgubna przenikliwość”.
Cioran w Zeszytach:
Cudowny, boski poranek w Ogrodzie Luksemburskim. Patrzyłem, jak ludzie chodzą tam i z powrotem i mówiłem sobie, że my żywi (żywi!), jesteśmy tu tylko po to, by przez jakiś czas muskać powierzchnię ziemi. Zamiast spoglądać na gęby przechodniów, patrzyłem na ich stopy i wszyscy ci ludzie byli dla mnie tylko krokami, krokami wędrującymi we wszystkich kierunkach – chaotycznym tańcem, nad którym nie warto się zastanawiać? Takie oto snułem refleksje, gdy wtem podnoszę głowę i widzę Becketta, tego znakomitego człowieka, który emanuje czymś osobliwie kojącym.
Ten poranny tłum w drodze do peronu kojarzę sobie z mrówkami, które chodzą i chodzą stałymi ścieżkami, a potem, po pracowitym chodzeniu i zbieraniu, wracają do mrowiska, aby nabrać sił na następne chodzenie i zbieranie.
„Mizerykordia”” (w Teatrze Telewizji). Jest w moim spiskoworze pisanka sprzed lat. W niej m.in. o „Senności” Wojciecha Kuczoka. Ów film wówczas, podczas pisankowania, oglądałem. Dzisiaj fabuły już nie pamiętam, jedynie scenę w suterenie.
Podstawia jej [praktykantce] krzesło, niech sobie usiądzie, Robert nie pozwoli jej wyjść z niczym; jest taka śliczna, w czasie pokoju to naprawdę przydatna cecha.
– Najważniejsze, obrać sobie właściwy punkt widzenia. No? Co widzisz?
[…]
– A co mam widzieć? Nic, czyjeś nogi.
– Nic? Widziałaś, kto teraz przechodził?
– Skąd niby mam wiedzieć?
– Ta dziewczyna idzie na sesję poprawkową. Miała granatową spódniczkę z matury. To już trzeci raz, większość jej koleżanek z roku już zdała, po raz pierwszy idzie sama. Zwykle stawia stopy tak jak teraz, mocno, trochę po męsku, głośno stukając obcasami o chodnik. Po oblanym egzaminie miała niepewny krok, być może coś wypiła ze smutku… No, a ten tu, kto to?
Idą nogi w spodniach od garnituru i czarnych mokasynach, Praktykantka przybliża się, zadziera głowę, widać jeszcze neseserek u boku; teraz już nic nie widać, nogi przeszły.
– Jakiś facet idzie… do pracy?
– Za wolno. Sześć sekund. To jest tempo bezrobotnych i studentów.
– Ale przecież miał aktówkę, oficjalny strój.
– Zgadza się. Stracił pracę niedawno. Kiedy pracował, chodził dwa razy szybciej.
Mokasyny błyszczały mu jak lakierki, teraz zmatowiały, pastuje je niedbale, założę się, że dziś znowu się nie golił.
Robert ma rację, większość nóg w mieście rozpoznaje bezbłędnie; poza sutereną, na powierzchni, zawsze chodzi ze spuszczoną głową, od kiedy zaczął wypracowywać się jego świato‑podgląd, od kiedy umie patrzyć ludziom prosto w nogi, czyta z nich wszystko to, co chcieliby ukryć; większość ludzi na co dzień robi dobrą minę do złej gry, ale wobec Roberta są bezbronni, potrafią zakładać maski tylko na twarze, nogi pozostają niezamaskowane, chodziłoby o to, żeby chodzić dyskretnie, nieznacząco, niewielu jednakowoż posiadło tę umiejętność, ludzie od czasu dziecięcych katechez przeczuwają, że jeśli ktoś im się przygląda, to z góry, z lotu ptaka, aniołki zapuszczają żurawia, pan Bóg lornetkuje ich z okna, potem będzie ferował odgórne wyroki, i najważniejsze decyzje zawsze zapadają odgórnie, nogi są nieważne, pozostają w ukryciu, przecież ziemia nie jest lustrem weneckim, perspektywa oddolnej perspektywy jest marginalna i nie warto się nią przejmować.
– Wystarczy obserwować i wysnuwać wnioski. Wszystko ma swoje znaczenie, stan zaniedbania butów, częstość zmieniania spodni, szerokość oczek w rajstopach.

niedziela, 22 lutego 2015

zanim matka odejdzie



„Światełko w oknie”
Zerknąłem na datę wykonania zdjęcia: grudzień, 5 tygodni „przed”, tzn. zanim matka odeszła. Wracałem z krótkiego spaceru „od tyłu”, czyli przez maminy ogródek. Przez ogródek mojego dzieciństwa, także dzieciństwa moich dzieci.
Światło w oknie! Za oknem życie. Chore, przygasające, ale przecież Życie! Jakże radosny widok „żyjącego” matką pokoju. „Ogarek” życia. Wyrywałem się na krótkie chwile na plażę w zimowe późne popołudnie przy blasku księżyca, aby już zanim do plaży doszedłem myśleć o powrocie. Szedłem po chwilę odprężenia, ale zaraz dopadał mnie żal, że nie jestem przy matce. Nie lubiła, gdy wychodziłem – jak dziecko pozostawione na chwilę same w pokoju.
To światło w oknie… znaczyło życie – życie matki, nasze życie.
*
Tadeusz Różewicz, „Matka odchodzi”:
„Nigdy nie byłem z Mamą w cukierni, w restauracji, w kawiarni, w teatrze, operze... Ani na koncercie... byłem poetą... Napisałem poemat Opowiadanie o starych kobietach, napisałem wiersz Stara chłopka idzie brzegiem morza... Nie zawiozłem Mamy nad morze... nie usiadłem z nią nad brzegiem, nie przyniosłem muszelki albo bursztynowego kamyczka. Nic... i ona nigdy nie zobaczy morza... i nigdy nie zobaczę jej Twarzy i oczu i uśmiechu kiedy patrzy na morze... poeta. Czy poeta to człowiek, który pisze z suchymi oczami treny, bo musi dobrze widzieć ich formę? Musi całe serce włożyć w to, aby forma była „doskonała”...?”

„Wdzięczny” jestem Różewiczowi za tę „odchodzącą matkę”. Nieco się „podbudowałem”. Żaden kamień z serca mi nie spadł, bo go na nim nie było, gdyż mądry byłem przed szkodą.
Niemiła woń bije od słowa „wdzięczność”.

Sokrates:
Bardziej się ciesz z wyświadczonych drugim,
niż z odebranych dobrodziejstw,
bo za pierwsze masz chwałę,
a drugie wkładają na ciebie ciężar wdzięczności.

Sokrates pragmatycznie podchodzi do sprawy, woli „zapłacić” za uniknięcie ciężaru, obciążając nim jednocześnie „biorcę”. „Najlepszą obroną jest atak”.
A może rzecz w tym, w jaki sposób wyświadcza się komuś dobrodziejstwo, nie zaś to, za pomocą czego to się czyni? Ale czy jest możliwe komuś tak wyświadczyć owo dobrodziejstwo, aby nie czuł on ciężaru wdzięczności, której dobrodziej może oczekiwać? Jeżeli jednak nie oczekuje się za dobrodziejstwo wdzięczności, to skąd bierze się w ogóle coś takiego jak owa wdzięczność jako dług?

„Wdzięczny:
1. «mający serdeczne uczucia dla swego dobroczyńcy, pragnący podziękować i odwzajemnić się za doznane dobro»
2. «pełen wdzięku»
3. «przynoszący dobre wyniki, zadowolenie»
4. «o słuchaczach, widzach: żywo na coś reagujący»
• wdzięcznie • wdzięczność”

Podobnie ze słowem „może” – raz wyraża gdybanie, raz możność. „A może ktoś nie może?”

Z homilii „Wdzięk wdzięczności”:
„Naaman został oczyszczony z trądu, ale Biblia nie mówi nic o jego całkowitym uzdrowieniu. W odróżnieniu od owego Samarytanina, wdzięczność chciał wyrazić materialnie. Tymczasem Samarytanin skupił się tylko na oddaniu chwały Bogu. Elizeusz nie przyjął od Naamana daru, bo nie był on ofiarowany z czystych pobudek. Wdzięczność Naamana była rodzajem zapłaty za usługę charyzmatyczną, a łaski się ani nie sprzedaje, ani jej się nie kupuje, bo nie ma ceny!”

Jednak nie tędy droga do zrozumienia pojęcia „wdzięczność” w jego potocznym znaczeniu, czyli poza znaczeniem biblijnym.
Jakie jest to potoczne rozumienie? Może wystarczyłoby zwykłe szczere „dziękuję”? A „niewdzięcznik” – kto to taki? To ktoś, kto za wyświadczone dobrodziejstwo nie odwdzięczył się „zapłatą”. Jest więc dobrodziejstwo transakcją handlową? Sprzedaż-kupno? A co z „miłością”, czyli oczekiwaniem na jej odwzajemnienie. Kocham kogoś i oczekuję, że ten ktoś również będzie mnie kochał. Bo przecież i tak bywa. Czyli „żądanie” miłości. Czy będąc zakochany w przyrodzie mogę żądać od niej wzajemności? Kocha się i już! – z siebie i dla siebie samego, żadnej wdzięczności ni zapłaty za to nie oczekując.

sobota, 21 lutego 2015

rozchodzone myśli - jak wydeptane kalosze



„Najlepsze myśli są «rozchodzone»
 – całkiem jak wydeptane kalosze”.
Fryderyk Nietzsche

W zamierzchłości mojej, podczas jakichś zajęć w przedszkolu, tworzyliśmy ulepianki z przygotowanej przez wychowawczynie gliny wymieszanej z trocinami. Co ulepialiśmy? – tego nie pamiętam. W pamięci utkwił mi przede wszystkim ten materiał. Podobnie bywa teraz, lecz zamiast gliny i trocin jest myśl i słowo. Niech za glinę posłuży tu „człowiek”, a za trociny „niewidoczność”. Kładę więc przed sobą przygotowaną grudkę mieszanki, czyli zapisuję: „niewidoczność człowieka”. W poczuciu dumy, że udało mi się schwycić myśl, mogę na tym poprzestać, czyli odstawić „materiał” na półkę jak np. jakiś płód w słoju z formaliną. „Gonić króliczka, czy złapać go?” – to Skaldowie. Z kolei Breakuot: „królika trzymać w dłoniach i głaskać dłonią jego sierść.”
Jednak po chwili natykam się na owe «rozchodzone» myśli przyrównane do wydeptanych kaloszy. Ale jeszcze chwilę przed tą chwilą, cały czas posiłkując się „Przygotowaniem do wieczoru autorskiego” Tadeusza Różewicza, wątek o Adamie Mickiewiczu – o „podsumowaniu” całego życia:

„Uciec z duszą na listek i jak motyl szukać
Tam domku i gniazdeczka –

Czy to Konrad? Czy Gustaw? Opada „poezja”. Przemawia się głosem ludzkim, przerywanym przez wzruszenie:

Tam, pośród prac i trosk, i wśród zabawy
Uciekam ja. Tam siedzę pod jodłami,
Tam leżę wśród bujnej i wonnej trawy,
Tam pędzę za wróblami, motylami.

Odkryta została przed nim kraina nowej poezji, poezji, za którą kroczy milczenie. Najdoskonalsza i ostateczna forma poezji – jeśli można wierzyć wyznaniom poetów”.

*
Chwila z Adamem Mickiewiczem:

DO SAMOTNOŚCI

Samotności! do ciebie biegę jak do wody
Z codziennych życia upałów;
Z jakąż rozkoszą padam w jasne, czyste chłody
Twych niezgłębionych kryształów.

Nurzam się i wybijam w myślach nad myślami,
Igram z nimi jak z falami,
Aż ostygły, znużony, złożę moje zwłoki –
Choć na chwilę – w sen głęboki.
Tyś mój żywioł: ach, za cóż te jasnych wód szyby
Studzą mi serce, zmysły zaciemiają mrokiem.
I za cóż znowu muszę, na kształt ptaka-ryby.
Wyrywać się w powietrze słońca szukać okiem?

I bez oddechu w górze, bez ciepła na dole,
Równie jestem wygnańcem w oboim żywiole.
*
Niewidoczność milczenia i samotności – naturalny i podstawowy stan bycia z sobą. A na zewnątrz postać. Jak maleńki czubek wielkiej góry lodowej, rosnącej w dół, czyli w głąb oceanu. Lub jak system korzeniowy np. drzewa lub perzu.

Robert Surma w „Filozofii pregreckiej”:
„…ponieważ jesteśmy ssakami naziemnymi, umysł nasz będzie podstawiał wyobrażenia przedmiotów naziemnych. Ryba byłaby skłonna mówić raczej o głębokości prostokąta niż o jego wysokości!”.

Nie będąc rybą mówię o głębi, i to raczej wyobrażając ją sobie niż ją dostrzegając.

Jednak nie smutna to samotność, bo pragniona, radośnie nostalgiczna… Ale na krawędzi, jak na linie nad szczeliną między sobą-dla-siebie a prawie-sobą-jako-kimś-dla-innych. Owa częsta niewidoczność, bliska duszy jak koszula ciału, bywa jak te myśli rozchodzone częstym używaniem. Używane od święta będą uwierać. Można by zapytać, przez „kogo” lub przez „co” bywają te myśli „rozchadzane”? Co jest dla myśli skrytych w niewidocznej części „postaci” – która przecież pusta nie jest – ową „stopą” je wydeptującą?

spieszą się tylko głupcy



Spieszą się tylko głupcy, którzy wierzą,
że gdzieś i po coś można zdążyć.
                         
Halina Poświatowska

Spieszę z zapisaniem mojego odczucia. Cytat w zupełnym oderwaniu od czegokolwiek, w tym od życiorysu autorki. Autorka zmarła młodo, w wieku zaledwie 32 lat, w wyniku choroby serca, której nabawiła się podczas czterodniowego chronienia się w piwnicy w styczniu 1945 roku. Większość swojego życia spędziła w szpitalach i sanatoriach. Młodość, choroba, miłość, zapewne także widmo śmierci, może docenianie wartości przeżyć w danej chwili…
Szperam dalej „w” Poświatowskiej, o tym „spieszeniu się” chcę odnaleźć, czyli skąd ono, trafiam przy okazji na:
„Żyje się tylko chwilę, a czas jest przezroczystą perłą wypełnioną Twoim oddechem.”

Umierać przez lata w tak młodym wieku, mieć codziennie tego świadomość, pomimo jakiejś jednak chyba nadziei – czyż apoteoza miłości i życia nie jest w takiej sytuacji czymś normalnym, zdrowym? Chociaż zarazem tragicznym.
Często na „suche” cytaty trafiam, czyli bez podania ich źródła. Ale jest demokracja. Czyli – gdy o te źródła cytatów chodzi – raczej o czymś „w dobrym tonie” należałoby mówić niż o powinności czy obowiązku. A najlepiej to może do tych cytatów nie sięgać? Chociaż, z drugiej strony, ten czy ów cytat prowokuje do poszperania w twórczości danego autora. A więc najlepiej jest przyjąć zasadę „człowieku nie irytuj się”.

Cytaty o głupcach:

Bertrand Russell: „To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości.”

Lew Tołstoj: „Można być mądrym nie przeczytawszy ani jednej książki; wierząc zaś we wszystko, co jest napisane w książkach, nie można nie być głupcem.”

Paulo Coelho: „Mędrzec jest mędrcem tylko dlatego, że kocha. Głupiec zaś jest głupcem, bo wydaje mu się, że miłość zrozumiał.”

Przyśmiech na mej twarzy, raczej jedynie w kąciku ust, się pojawił, a źródłem jego jest coś na kształt żałosności, bo zjawiła się jak ćma przy płomieniu świecy myśl, że mogliby funkcjonować ludzie, którzy mieliby „wykute na blachę” jakieś mądre cytaty i nimi na co dzień by się posługiwali. Dlatego użyło mi się słowo „funkcjonować” zamiast „być”. Ale, z drugiej strony, „być” można np. takim, który dla innych przybiera się/przystraja w szaty, fatałaszki, świecidełka w postaci takich właśnie cytatów. Po nawet nie dłuższym, a jedynie chwilowym zastanowieniu, dochodzę do wniosku, ba, wniosek sam się nasuwa, że jednak tacy osobnicy, z krwi i kości tacy właśnie, otaczają nas jak chmara komarów czy meszków. Lecz teraz już nie o cytaty utworów znanych autorów chodzi, lecz o „zasłyszane”, „bo większość mówi, że…”, „wiadomo, że…” itp.

Ci spieszący się głupcy Poświatowskiej. Czy pośpiech to cecha/domena głupców? Czy gdzieś i po coś zdążając jest się głupcem? Czy mądremu pośpiech nie jest znany? Czy mądry nie chce zdążać dokądś i po coś? Żadne z tak postawionych pytań nie pomoże dotrzeć do emocji, uczuć i myśli Poświatowskiej, jakie w niej się gotowały. Ktoś powie, że nie jest to ważne, bo liczy się jedynie to, co i jak zostało wypowiedziane. Że czyjś życiorys, a konkretnie życiorys pisarza, poety, nie musi być czytelnikowi znany, bo dziełem jest konkretny utwór, jest dziełem skończonym, nie wymagającym „załączników”. Lecz jeżeli utwór jest nasiąknięty, a nawet przesiąknięty przeżyciami autora, to co wtedy? Czy mogę jego przesłanie odnosić np. do mojego życia? Czy mogę wyciągać z niego nauki na temat życia w ogóle? Heraklitejskie panta rhei można traktować jako myśl uniwersalną, nie oglądaną przez pryzmat osobistego życia autora tej myśli, można „klepać” tę myśl jak pusty frazes. Można jednak potraktować ją jako bodziec do osobistej rozgrywki myślowej, do treningu szarych komórek.

Ale co z tym pędem do zdążenia dokądś i po coś? „Zdążyć przed/zanim…” – tak mogę sobie tę myśl tłumaczyć. Bo przecież zapewne nie o negacji dążeń jest tu mowa. O czym więc jest mowa? Być może o niegubieniu z „pola widzenia” „tu i teraz”. Czy jednak ów cel, miejsce lub przedmiot, lub nawet cokolwiek, jakikolwiek cel, do którego tak spieszno owemu głupcowi, musi być oddalony bądź to w czasie, bądź w przestrzeni, lub w jeszcze jakiś inny sposób? Czy nastawienie na „tu i teraz”, w sumie na siebie samego, będącego niejako na służbie emocji i uczuć, nie może być potraktowane jako cel, do którego mi tak bardzo spieszno? Poświatowskiej też chyba było spieszno z powodu choroby i kruchości jej życia, widma rychłego końca życia.

***kto potrafi (Halina Poświatowska)

kto potrafi
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść anegdotę o istnieniu
zgarniam brunatne plastry książek
nasłuchuję brzęczenia słów
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść
nikt nie potrafi

i tylko czasem
naprzeciw słońca
w zmrużonych oczach błysk
chwila roztrącona na tęczę
twarzą w twarz
naprzeciw słońca
w oślepłych oczach
treść niknąca...
na krańcach
miłość śmierć

Wiersze jako bulgot wrzącego kotła emocji rozpostarte na napiętej strunie pomiędzy miłością i życiem a śmiercią. Uroboros przychodzi na myśl – lecz bardziej chyba jako symbol rzeki opływającej Ziemię, nie mającej źródeł, ani ujścia, niż ów wąż pożerający samego siebie i odradzający się z siebie.

Wczytując się w wiersze, ale także w biografię Poświatowskiej, we wspomnienia o niej, przestaje mnie interesować jakieś „uniwersalne pojęcie miłości i śmierci” (jeżeli takie w ogóle istnieje). Dostrzegam jednak, i to bardzo wyraźnie, konkretną kobietę, która – chciałoby się brutalnie rzec – „zaprzedała duszę miłości”. Lub może jedynie poddała się jej silnemu nurtowi. Ona kochała miłość, kochała życie. Życie miłością. Może także i ona się spieszyła, ale inaczej i do czego innego niż ci jej „głupcy”. Spieszyła się, aby zdążyć jak najwięcej z daru życia wchłonąć, zanim to życie przykryje wieczna chmura nieistnienia. Była jak kwiat w momencie między rozkwitaniem a rozkwitem, bo rozkwit wiąże się z przekwitem, także z owocem, które jednak (przekwit i owoc) nie były jej dane, z czego doskonale zdawała sobie sprawę. Chciała zatrzymać czas, być TU I TERAZ, ponieważ JUTRO znaczyło dla niej KONIEC.

***kiedy umrę kochanie
kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym

czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny (…)
*
Ignacy Krasicki o spieszności w Panu Podstolim:
„Spieszność, mówił daley, rzadko kiedy na dobre wychodzi, a choć się zdaie przeciwność w sobie zawierać owa maxyma: Spiesz się powoli; dobrze iednak uważana, prawdziwą iest, i wielce zdatną Spieszyć się trzeba do tego, co czynić przynależy ale czynienie powinno bydz z uwagą а przeto bez porywczey nagłości. Człowiek zbytecznie zaprzątniony tém, co ma działać, chwyta się wielu sposobów, wszystkiemi razem chce dóyśdź do zamierzonego celu, a przeto nie dawszy sobie dosyć czasu do wybrania drogi nayprzyzwoitszey, im usilniey dóyśdź pragnie, tym bardzíey błądzi, i od zamierzonego celu oddala się. Wnidźmy w szczególne takowego działania okoliczności: rzadki się takowy podobno znajdzie, któryby albo własném doświadczeniem, albo patrząc na drugich, tey prawdy nie doznał.”

niedziela, 15 lutego 2015

mówię prozą, nie mając o tym żywnego pojęcia?

Nie ufam systematykom i ustępuję im z drogi.
Pożądanie systemu jest brakiem rzetelności.
Fryderyk Nietzsche, Aforyzmy (49)
Wstyd mi duszę poczerwienił. W najgłębszy zakątek czmychnąć chciała jak mysz do dziury, ale to przecież ona sama takim zakątkiem jest – nijak kryjówki żadnej nie wypatrzy. Bo znowu z Papkinem to „mówienie prozą” mi się skojarzyło! Gdzie Rzym, gdzie Krym?!
A przecież to żaden Fredro i jego Papkin, lecz Molière’a „Mieszczanin szlachcicem”, zaś ten zachwycony odkryciem, że prozą mówi, to PAN JOURDAIN.

„Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żywnego pojęcia!”

Może gdzieś przeczytałem, albo ot, wydumałem – nie pamiętam, wszak dzionek ma się ku końcowi, to zaś zapewne rankiem było. Może nawet dzień wcześniej. Ale chyba jednak gdzieś na jakąś sentencję musiałem się natknąć. Chodzi o zbieranie, może raczej o chwytanie, różnego rodzaju informacji – latami, dziesiątkami lat, można by rzec, że od zawsze. Niby to pod kątem jakiejś konkretnej tematyki – od dzieciństwa poprzez młodzieńczość aż po jesień życia, nawet po tego życia kres. Lecz zamiast zacieśniania się kręgu poszukiwań i zbliżania się do chociażby prób odpowiedzi na stawiane sobie pytania, dzieje się wręcz odwrotnie. Przybywa informacji, przede wszystkim zaś tabuny myśli rozpierzchają się aż za horyzont – umysł pęka w szwach. Ale – na szczęście – następuje w którymś momencie katartyczne olśnienie: nie zamkniesz, nie skujesz kajdanami formułek i definicji czegoś nieskończonego, całości, która jest nieskończona. I tak krok po kroku, opisu których sobie oszczędzę, doszedłem do sformułowania „całościowanie nieskończoności”. Natychmiast zerkam do internetowej ściągi, gdyż nie ufam zanadto moim słowotworom, także sensom nadawanym wedle mojej logiki słowom funkcjonującym w obiegu, w szczególności w nauce.

„Holizm (od gr. holos – całość) – pogląd (przeciwstawny redukcjonizmowi), według którego wszelkie zjawiska tworzą układy całościowe, podlegające swoistym prawidłowościom, których nie można wywnioskować na podstawie wiedzy o prawidłowościach rządzących ich składnikami.”

I natychmiast przedkrzyk pręży się do zadufałego okrzyku, że – w stylu tego mieszczanina – nie wiedząc o tym, wpadłem sam z siebie na trop holizmu, a że to termin filozoficzny jest, ochami i achami zamierzałem mą próżność pogłaskać. Zaraz jednak – pomny wielu doświadczeń, osobistych – ściągam cugle euforii, gdyż na pojęciach naukowych, jedynie zasłyszanych, może laik przejechać się jak dłoń tonącego po brzytwie. Bo cóż oznacza w definicji „układ całościowy”? Czy znaczy to, że jego granice zostały wyznaczone? Przez kogo? Na bazie jakiej filozofii? Jednak wbrew rozsądkowi, czyli spokój sobie mącąc, wertuję ściągę dalej:
„Medycyna holistyczna to termin określający podejście do uzdrowienia pacjenta i jego życia w wymiarze fizycznym, emocjonalnym, mentalnym i duchowym.”

Zgoda – bo cóż innego mogę rzec. Ale czy jest ten pacjent „układem całościowym”, czy może jest częścią jakiegoś kolejnego „układu całościowego”? Emocjonalność, mentalność, duchowość – skąd one, z jakim nadrzędnym „układem całościowym” są związane?
*
NAD BRAMĄ MEGO DOMU
Dom na mieszkanie własny mam,
W niczym nie biegłem w cudzy ślad,
‑ Każdego mistrza-m wyśmiał rad,
Który nie wyśmiał siebie sam.
Fryderyk Nietzsche, Aforyzmy

wtorek, 3 lutego 2015

nawrót niewstydu płciowości


Słoneczny poranek. Na zachodzie, ponad lasami, błękitno-białochmurność, łaciatość. „Niepodobność” dni, np. skrajność stanów pogody, nie musi oznaczać drastycznej zmienności nastrojów. Można mieć dół za dołem, depresję, albo wzloty i uniesienia – jednak to samo nie znaczy tak samo. Każdego dnia zarówno zachwyt, jak i rozpacz mogą mieć inny smak. Czy zawsze? Tu można – jak robię to teraz – sobie gdybać, „wiersze pisać”, tworzyć teorie… Też właśnie w zależności od nastroju w danej chwili. Ale, z kolei, jakiś określony kierunek myślenia, „kierunek emocjonalny” pozostaje. Czy to w złości, czy w radości – nasze enigmatyczne „ja” pozostaje niezmienne.

Wydumałem słowo dla określenia przemyśleń/rozmyślań, które nachodzą mnie w związku z odwiedzinami w „Domu” powszechnie kojarzonym z „domem pogodnej starości”. Owo wydumane słowo to niewstyd, a w ślad za nim „nawrót niewstydu” – nie mylić z „powrotem do niewstydu. W przypadku niewstydu nie wraca się do niego świadomie, z wyboru, lecz to on, ów niewstyd zjawia się jakby niezależnie od nas. Istniejące słowo „bezwstyd” odbieram jako coś innego, dlatego wystrugałem ten niewstyd.

Wstęp wyszedł nieco zakręcony, ale tak bywa (u mnie) w przypadku wątków o głęboko skrytych dnach. „Jednym słowem”, a więc w kilku lakonicznych zdaniach, trudno jest myśli nawet chociażby zatytułować, podać tak jak np. w restauracyjnym menu nazwę „potrawy”. Ino ten niewstyd przychodzi mi na myśl. Ale to i tak jest za słabe określenie. Być może nawet nieodpowiednie czy niewłaściwe. Słowo, niekoniecznie wydziwione, bo także nawet każde „najpotoczniejsze”, skierowuje odbiorcę tego słowa na pewien tor myślenia, lecz niekoniecznie na ten tor, z jakim używający tego słowa (czyli teraz ja) sobie to słowo skojarzył, sobie sytuację w słowo przybrał, przystroił. Weźmy tę „miłość” czy „nienawiść”, o których wszyscy wszystko wiedzą – a jednak każdy w worku doświadczeń dźwiga inny sens tych słów.

Ten niewstyd. Dotyczy i kobiet i mężczyzn. Chociaż przede wszystkim w związku z widokiem kobiet w owym „Domu” mi się pojawił. Najpierw refleksja dotyczyła kobiet, a dopiero po czasie dotarło do mnie, że przecież i do przebywających tam mężczyzn to się odnosi. Nie zapominam, nie, nie zapominam o tym, że jest to odczucie obserwatora, czyli że mogą to być takie sobie wydumania. Może jednak chociaż troszkę drasnę nimi zjawisko – niech na razie tak pozostanie – niewstydu.

Chodzi o ową płeć, płciowość… o atrybut płciowości… o ten „rynsztunek… o to „coś”, co „trzęsie posadami świata”. Na chwilę powiążę to ze słowem seks. Czyli nie o jego fizjologiczność czy mechaniczność teraz chodzi, lecz – mówiąc wprost – o różnorodne manipulacje za jego pomocą.

Jednak mówiąc o „powrocie” muszę spróbować dotrzeć do momentu, w którym ów niewstyd był na porządku dziennym, czyli zanim atrybut płciowości doszedł do władzy. Oczywiście o pojedynczego człowieka idzie, nie zaś o jakieś prądy, kierunki, filozofie itp. Będzie to okres dzieciństwa do jakiegoś momentu, czyli chyba do takiego, od którego dziecko „samo z siebie”, a może w wyniku przyjętych norm otoczenia, zaczyna zakrywać swoje „wdzięki”. Na przykład mała dziewczynka zakładająca stanik na swoje ledwo widoczne „piegi”, czy zasłaniająca je dłońmi, okraszając to konglomeratem min, póz i wygibasów ciała niby to mających świadczyć o wstydzie, ale w rzeczywistości mających na celu dumne podkreślanie własnej płciowości. Nie wiedząc jeszcze „po co to ma” już tym gra.

No i przychodzi czas w postaci ekstremalnego zjawiska, wywołanego głównie powaleniem przez chorobę, gdy żadne „gierki” nie wchodzą już w grę. Płciowość staje się zwyczajnym ciałem, ale nadzwyczajnie zdegradowanym znaczeniowo. Jest częścią ciała, które „wyłożone jak na tacy” wymaga podtarcia, obmycia, wysmarowania maścią leczniczą.
*
Przypadkiem wpada mi do ręki „Newsweek”. Są podsumowania roku „z różnej beczki”. Dowiaduję się o bardzo znanej amerykańskiej celebrytce, modelce, aktorce i bizneswoman w jednej osobie. Ponoć „szaleje” jej postać, ale i ona sama, w Internecie, a szczególnie jej wybujałe pośladki.

I niech zjawisko to posłuży tutaj za pewnego rodzaju puentę.

niedziela, 28 grudnia 2014

jaki wilk w człowieku?

Podczas lektury „Jutrzenki” Friedricha Nietzschego rozwidliły się myśli na temat tzw. istoty człowieka – pomknęły do Ericha Fromma („Człowiek – owca czy wilk?”) oraz do Marka Rowlandsa („Filozof i wilk”). Czyli do dwóch różnych twarzy wilka malowanych przez ludzi pomyślałem – jednej „złej”, drugiej „dobrej”.
*
Wysiąść z pociągu byle jakiego. Najpierw pojawiła się myśl o wskoczeniu do właściwego pociągu, o powrocie na właściwy tor po tygodniach mojego lekkiego rozklekotania, ale idea pociągu, a w szczególności toru uniemożliwiającego zmianę kierunku jazdy sprawiła, że natychmiast pomyślałem o wyskoczeniu na bezdroża, czyli na szeroką jak ocean połać, aby wędrować sobie a muzom wokół się rozglądając, dookolności się przypatrując, ją sobie przeżywając.
O nadziei podczas jazdy tym pociągiem porozmyślać zamierzałem, czyli co to takiego, po co i dlaczego. Zatrzymałem się na złudzeniu. Ale teraz widzę, że i ów „wyskok na bezdroża” podobną iluzją jest. Trzeba by zstąpić, czy chociażby na chwilę stąpnąć, na ziemię, poukładać w czterech ścianach co do ułożenia jest – byłby to taki bez-umysłowy, czyli nudnawy, przedbieg do biegu czy marszu głównego, tzn. powrotu na owe bezdroża, może i na manowce. Czyszczenie wewnętrzności poprzedzone uporządkowaniem zewnętrzności. Następnie usiadłbym w środku tego porządku jak na leśnej polanie i zabrałbym się za siebie – za swoje myśli. Nic wokół by nie zgrzytało – ani śladu pretekstów do odwracania uwagi od sedna sprawy, czyli od brania się za bary czy szermierki z samym sobą.
*
Rękopisanie. Zapomina się o nim, stało się niepotrzebne, niepraktyczne. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy wspomnienia ręcznego pisania kojarzy się przede wszystkim z jego funkcją narzędziową (instrumentalną). Podobnie może być z jazdą na rowerze, chociaż trudne do wyobrażenia jest, aby np. dziecko używało roweru jedynie dla wygody w przemieszczaniu się, nie zaś dla samej przyjemności jazdy. Czucie podłoża poprzez opony podczas takiej jazdy, falowanie ciałem złączonym z rowerem po nierównościach terenu – jak pływanie delfinem pod wodą. Jeżeli odręczne pisanie wywoływało kiedyś podobne odczucia, zarazem różne w zależności od tego czym i na jakim papierze się pisało, wówczas powrót do rękopisania może być miłym przeżyciem. Oczywiście nie o jakieś notatki w notesie chodzi, lecz o formę listu – nawet gdyby tylko do siebie samego. Podobnie jak z grą w piłkę na murawie – nawet w formie zabawy w małym gronie. Liczy się wszystko – czucie podłoża pod butem (albo pod gołą stopą), kontakt stopy z piłką, czyli sposób jej przyjęcia lub uderzenia, płynność ruchu ciała i jego gibkość, strzał na bramkę, ciekawa akcja, uderzenie z woleja lub półwoleja, robinsonada bramkarza. Jednym… dwoma słowami: czysta frajda.
To tylko dwa-trzy przykłady. I niekoniecznie o rodzaje czynności/działań teraz chodzi, bo przecież „każdy sobie rzepkę skrobie”, czyli swojego „konika” ma. Można wszak i szydełkować, i malować, i łódki z kory strugać, i latawce kleić, także pisankować.
*
Tematu „wilka” nie rozwinąłem. Poczeka. W sumie bardziej o niezasadność porównań idzie, które zwodzą i mogą myśli od sedna sprawy odciągać. Niedawno w TV było o małym lwiątku, które oddzieliło się od stada – komentarz był: „zagubione i zrozpaczone”, czyli o stan psychiczny zwierzęcia szło, do którego przecież człowiek prawie wcale dostępu nie ma. Nierzadko „nienawiści” czy „miłości” w odniesieniu do zwierząt się używa, czasem „zemsty”. Podobnie z tym wilkiem, szczególnie w bajkach – zły, okrutny, bestia itp. Nie bronię wilków – bronią się same, chociaż nie zawsze z pozytywnym skutkiem, gdyż homo sapiens potężny jest i basta. Drażnić jednak może to koloryzowanie, fałszowanie rzeczywistości farbowanymi porównaniami… „farbowane lisy”. Albo chytry jak lis. Lis jest po prostu lisem, tak jak pszczoła pszczołą, rekin rekinem. Po co to implantowanie czy imputowanie zwierzętom cech ludzkiej duszy? Po co również to chorobliwe szufladkowanie, ocenianie, katalogowanie tych różnych zjawisk, które raczej trzeba by coraz głębiej poznawać, próbować rozumieć, a nie zamykać w pudełkach i do pakamer w postaci definicji odstawiać. Lecz i ja skażony jestem pewnymi postawami, zaśniedziały, gdy czasami – ponownie, jak za młodu – uwierzę przez chwilę w możliwość „naprawy świata”, widząc jednocześnie, dokąd on zmierza, tzn. jak go do przepaści ów człowiek, który brzmi dumnie, popycha. Natychmiast, po raz nie wiadomo który, myśl Emila Ciorana się przypomina:
„Kiedy wychodzę na ulicę, pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to – eksterminacja”.

Oczyszczam się z tego zaśniedzenia – a przynajmniej próbuję. Mój „testament” teraz mi się przypomniał, czyli że jakieś myśli w słowach na papierze chciałbym zawrzeć. Ale „testament” to nieodpowiednie słowo, bo przecież niczego do pozostawienia nie mam. Ino mgliste czy mdłe wspomnienie po sobie wśród nielicznych. Ale to najmniej warte zachodu, a przynajmniej dla tego kogoś, którego już nie ma. Spójrzmy na tych, którzy odeszli… Zacierają się wspomnienia, nasze myśli rzadko do nich powracają. To samo czeka nas wszystkich w tej chwili jeszcze na tym padole obecnych.

Katharsis (gr. oczyszczenie) – uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń.

W ileż to zanieczyszczeń w postaci coraz to grubszej skorupy człek podczas życia się przyobleka.

procent kobiety w kobiecie



*** Jako post scriptum do "Życie jest kobietą!" ***
Gdy mówię o „kobiecie”, a nawet i o „mężczyźnie”, to nie ma we mnie nawet cienia podejścia ambicjonalnego – zarówno gdy chodzi o jakąś solidarność płci, czy o moją z moim JA. Kiedyś, młodzieńcem będąc, zapisałem sobie:
Kobieto! Imion masz tyle,
że nawet przez chwilę
nie wiem, z kim piję,
ani z kim żyję!
Nie podoba się kobiecie słowo „kobietość”? Próbuję znaleźć analogię słowa „kobietość” w odniesieniu do mężczyzny, do dziecka. Wychodzi na „mężczyzność”, na „dzieckość” – jakże bardzo różne od „męskości” czy „dziecięcości”.
Tu zaraz Henryk Elzenberg się przypomina:
Gdy (…) jesteśmy przy porównaniach i przez porównanie zechcemy zobrazować istotny stan rzeczy, wypadnie może powiedzieć, że treść psychiczna musi w objawie – czy na nim – być dana mniej więcej tak, jak wilgoć w gąbce, zapach w powiewie, blask na śniegu, poezja w sonecie – dosadniej może jeszcze: jak mokrość w wodzie albo jak zieleń na liściu. (…) Treść tę, mówiąc już nieco mniej plastycznie, musi obserwator z objawu po prostu odczytywać: całkiem zaś sucho: znajdować na objawie, zastawać.
„Mokrość w wodzie”…
I jeszcze:
(…) nie piękno duszy artysty ujawnione w jego utworze, ale sam utwór rozpatrywany jako czyjąś duszę ujawniający; nie radosny nastrój dziecka, lecz jego minka nastrojem tym promieniejąca. I tak dla każdej możliwej, tak i dla wnioskującej ekspresji tę jedną tylko alternatywę wolno w ogóle brać pod uwagę.
Nie radosny nastrój… lecz minka nim promieniująca.
Nie o analogię czy ilustrację myśli na temat kobiety teraz mi chodzi, lecz o podejście do zjawiska, problemu. Powie ktoś: co za różnica – nastrój czy jego promieniowanie? A różnica przecież jest.
Owa „kobieta” to jedynie przykład wysupływania z jakiegoś zjawiska jego treści, istoty. Jak przecedzanie mokrości z wody. Milszy… albo ciekawszy, bliższy… jest mi przykład kobiety niż mężczyzny. Gdy czasem – aby odejść od tendencyjności i jednostronności – zdarzy mi się pospoglądać na „mężczyznę” tak jak spoglądam na „kobietę”, wówczas chęć do tego spoglądania natychmiast znika.
Ów „procent kobiety w kobiecie” zamienię teraz na „procent kobiecości w kobiecie”. I natychmiast pojawia się karkołomne wyzwanie: zdefiniować „kobiecość”. Czy o każdej kobiecie można powiedzieć, że jest kobieca, albo np. o którejś, że jest „niekobieca”? Podobnie z mężczyzną – „męski” lub „niemęski”. Co to jest męskość? Albo – już bardziej ogólnie – czy zdarzają się „ludzie” zachowujący się „nieludzko”? A może tego typu rozważania, przyszywające łatkę którejś z płci, są małoważne? Może bez względu na płeć należałoby mówić o jakimś osobniku wedle jakiegoś bardzo ogólnego kryterium, np. według postawy „fair play”? Zaraz jednak powie ktoś: po co jakieś fair play, jeżeli dla niego najważniejsze jest tzw. pierwsze prawo biologiczne, czyli „zachowanie własnego życia”. Jednak u człowieka owo „własne życie” to nie tylko chleb i woda, czy walka z wrogiem lub ucieczka przed nim w sensie fizycznym. Bo w odróżnieniu od zwierząt obrósł człowiek tyloma różnymi potrzebami psychicznymi, że pojęcie „życia człowieka” różni się bardzo-bardzo wyraźnie od biologicznego życia zwierząt. Człowiek np. nie doje, nie wyśpi się, o żadnym fair play rozmyślać nie będzie, jeżeli dopadnie go jakaś typowo ludzka obsesja, na dodatek podszyta chorobliwą ambicją. Zaraz nasuwa się jako przykład cała ta plejada posłów, ale i pomniejszych polityków, np. gminnych czy miejskich. Ale byłoby takie porównanie zawężeniem problemu, bo przecież w każdych czterech ścianach podobne show’y się rozgrywają. Rodzina – czy nawet dwuosobowy związek – to mała dżungla, sejm i państwo to duża dżungla. Zaś „cały świat” (ludzki świat) to jedno wielkie „dżunglobagno”.

piątek, 28 listopada 2014

Życie jest kobietą!



Chcę rzec, że świat przepełny jest rzeczy pięknych, lecz mimo to ubogi, bardzo ubogi w piękne chwile i odsłonięcia tych rzeczy. Lecz może to jest najsilniejszym darem życia: przetkana złotem zasłona pięknych możliwości spoczywa na nim obiecująca, szydercza, litosna, uwodna. Tak, życie jest kobietą!
Nietzsche („Wiedza radosna”, 339.)

Wypielić, wyplewić, wypełlić – czyli, krótko mówiąc: odchwaścić przedpole. O takim generalnym porządku pomyślałem, o oczyszczeniu się, o kąpieli w owym „Strumieniu Zapomnienia I Powrotu Do Źródeł” z „Miłości na ławie oskarżonych”, o usunięciu skorupy naleciałości w postaci wydumań, tęsknot, uprzedzeń, przekonań – abym emocjonalnie i myślowo gładkim jak pupcia niemowlęcia będąc kilka zdań, a nawet chociaż jedno, na początek, o zewnętrzności z punktu widzenia mojej wewnętrzności napisać, także nieco o owej wewnętrzności. Wiem, pomysł to niedorzeczny, bo przecież bez owej zaskorupiałej powłoki byłbym już nawet nie zwłokami, lecz szkieletem jedynie.
Po takich, jak powyższy wstęp, przedbiegach ochota na zapisanie czegokolwiek najczęściej umyka, bo jak tu cokolwiek pomyśleć z pozycji szkieletu.

Rzecz szczególna, Zaratustra mało zna kobiety, a jednak ma słuszność, gdy o nich mówi! Dzieje się to dlatego, że w kobiecie każda rzecz jest możliwa?
A teraz weź oto w podzięce drobną prawdę! Wszak jestem dosyć stara na nią.
»Otul ją tylko i zatkaj jej usta: gdyż krzyczeć zwykła zbyt głośno ta drobna prawda«.
»Dajże mi, kobieto, twą małą prawdę!« – rzekłem jej. I rzecze tedy stara:
»Idziesz do kobiet? Nie zapomnij bicza!« –
Tako rzecze Zaratustra.

Doświadczając jednej kobiety nabywa się przekonania, że każda inna, niekoniecznie kolejna, bo nawet każda z mijanych po drodze, musi mieć w sobie tę „kobietowość”, którą posiada ta przeze mnie doświadczona jedna. A także przeciwnie, czyli że coś, czego ta jedna nie ma, można będzie odnaleźć w innej. Owa „kobietość”, czyli po prostu „bycie kobietą” jest określeniem bezpiecznym, bo w sumie określającym jedynie płeć, w przeciwieństwie do „kobiecości”, pod którym to określeniem poza oczywistością płci mieści się taka mnogość niedookreślonych wyobrażeń na jej („kobiecości”) treść, że w rezultacie trudno ją zdefiniować, czy nawet jedynie próbować pojedynczymi słowami naszkicować. Jest jak mgła, w głąb której wchodząc ma się wrażenie, że się oddala. Bliższy z nią kontakt, w sumie cielesny, fizyczny i tak powoduje oddalenie.

William James w „Filozofii Wszechświata” w wykładzie o Bergsonie:

Tworząc pojęcia wycinamy jedno, ustalamy drugie, a wykluczamy wszystko, prócz tego, co ustaliliśmy. Pojęcie to znaczy: to, a nic innego. W pojęciu czas wyklucza przestrzeń, ruch wyklucza spoczynek i na odwrót, zbliżenie się wyklucza zetknięcie; obecność wyklucza nieobecność; jedność wyklucza mnogość; niezależność wyklucza względność; „moje” wyklucza „twoje”; ten związek wyklucza tamten – i tak w nieskończoność; podczas gdy w rzeczywistym życiu, w konkretnym strumieniu wrażeń doświadczenia przenikają się wzajem tak, że niełatwo dojść, co się właściwie wyklucza, a co nie. (…) Jeśli ktoś pokruszył rzeczywistość na pojęcia poszczególne, nie potrafi jej nigdy odtworzyć w całości. Nawet z największej ilości oddzielnych kawałków niepodobna zbudować całości ciągłej.

Nie tylko z kobiety (bo i z wszystkiego co nas otacza) można stworzyć manekina rozbierając i rozkładając ją na „czynniki pierwsze”, czyli tworząc z niej sieczkę owych pojęć. Z sieczki nie da się na powrót złożyć źdźbła, które pomimo delikatnej i lekkiej budowy cechuje się dużą wytrzymałością. Kobieta jest jak źdźbło. Pamiętając, że do tytułowego „życia” przynależy także mężczyzna, można wysnuć wniosek, że i on jest jak źdźbło, czyli także jest kobietą – podobnie jak Kopernik i Einstein.
Mało znając kobiety, to jednak – być może, tak jak i Zaratustra – mogę mieć słuszność, gdy o nich mówię. Moją słuszność. Gdyby Zaratustra była płci żeńskiej, wówczas „na cenzurowanym” byłby mężczyzna, jednak ten jako marniejszy niż kobieta puch nie byłby zapewne wart nawet złamanego słowa.

Czy sformułowanie „życie jest kobietą” można odwrócić w „kobieta jest życiem”? Na przykład stając na głowie i oglądając świat „do góry nogami”? Tak, można, pamiętając jednak, że od dłuższego stania na głowie można tę głowę doprowadzić do zawrotów.
*
Z „kobietą” jak ze „starością” – można co rusz za temat się chwytać, jednak nie po to, aby w suchych formułach je zamykać, nawet niekoniecznie po to, aby je odgadnąć, lecz aby za każdym razem – w zależności od pory dnia, nastroju, zdrowia lub choroby – z innej perspektywy na nie spojrzeć.

Różewicza „Stara kobieta wysiaduje” w tym momencie na usta się ciśnie.

„Stara kobieta wysiaduje” Tadeusza Różewicza należy do najbardziej wieloznacznych i abstrakcyjnych sztuk tego autora. Traktuje o kryzysie współczesnej cywilizacji i grożących jej niebezpieczeństwach. Stara zapomniana bogini życia. Mityczna i monstrualna. Ostrzega przed przyszłością, a jednocześnie przynosi nadzieję na ratunek, na wyjście ze ślepej uliczki, w jakiej znalazła się ludzkość. Tytuł sztuki kojarzy się z cielesnością, zwierzęcością – z ptakiem albo zwierzęciem. Motyw „człowiekozwierzęcia”, który jest częścią natury, dotyka wielkiej metafory, wokół której krążą utwory Różewicza: tragicznego rozdarcia ludzkiego istnienia. W kobiecie /kobiecości/, w kobiecej emocjonalności i energii widzi Różewicz ocalenie od współczesnej apokalipsy, na przekór rządzonemu przez mężczyzn światu z jego strukturami władzy, narcyzmem, samozniszczeniem. „Wysiadywanie” może oznaczać owocną, fundamentalną czynność. Ale może być także czynnością pustą, bezpłodną. Tytuł wisi nad sztuką jak wielki znak zapytania. http://www.ludowy.pl/index.php?action=spectaclesDescriptionsArch&id=129

Ach, gdyby urodzić się w komunikacyjnym ekoświecie – przestrzeni wiecznie zielonych, niezrzucających na zimę igieł modrzewi, nikczemnie przejrzystych komunikatów – o tym marzą najpewniej bohaterowie kawiarnianego świata z dramatu Tadeusza Różewicza „Stara kobieta wysiaduje”. W przestrzeni bałaganu, zaburzonych estetycznie wzorców i nieludzkiego bezczasu tkwi dawne wspomnienie Matki Natury, a dziś Starej Kobiety, co wysiaduje, co tkwi w malignie, co domaga się głosu i co mówi, nie wierząc nawet, że zostanie wysłuchana. – Michał Pabian
Przez tekst przemawia Różewiczowskie ubolewanie, że komunikacyjna katastrofa jest nieunikniona, gdyż przyszłość determinują bezmyślni ludzie, a genomedycyna w żaden sposób nie wyleczy głupoty. http://teatr-rzeszow.pl/spektakle-all/stara-kobieta-wysiaduje/
Czegóż oczekiwała tytułowa Stara Kobieta przesiadująca w nieskończoność w – wydawało się – ekskluzywnej kawiarni, która z czasem coraz bardziej przemieniała się w śmietnisko? Jakie wymagania miała owa Kobieta wobec kelnerów i przewijających się przez lokal (i przez śmietnisko), charakterystycznych postaci? Otóż, począwszy od tego, by szklanka była czysta, domagała się oczywistego (w jej mniemaniu) porządku rzeczy. Porządku, w którym przede wszystkim liczą się czystość, czułość, miłość, rodzenie dzieci… Tymczasem w lokalu (w Świecie) coraz trudniej jest o wyjednanie sobie tych – wydaje się – oczywistych „przywilejów”. Bo Świat coraz bardziej zmienia się – zrazu w targowisko próżności i śmietnisko, na którym nikt już nie jest tym, kim powinien być (m.in. przewijają się podejrzane postacie Lekarza, Arcybiskupa, Mecenasa). A potem zostaje tylko śmietnisko po pożodze wojennej, śmietnisko, na którym wysiadująca Stara Kobieta już nic od nikogo sobie nie wyjedna.

Kim tedy jest owa Kobieta, jaką ideę symbolizuje? W mnogości nasuwających się dotychczas idei – ostoi człowieczeństwa, uosobienia mądrości, reprezentantki uniwersalnych wartości albo wręcz Matki Natury – jakoś wciąż brakowało mi idei najklarowniejszej… I oto teraz już wiem! To Wieczna Kobiecość – ten uniwersalny czynnik, którego pochwałą kończy się genialny dramat Johana Wolfganga Goethego pt. „Faust”. („Wieczna Kobiecość nęci/ Wyżej i wyżej”). To ten czynnik, który wedle Goethego miał być wieczystą ostoją ludzkości, najważniejszym dynamizmem człowieczeństwa… a w twórczej wizji Tadeusza Różewicza dramatycznie straci na znaczeniu…
Niełatwo jest żyć z taką diagnozą. – Paweł Bera http://www.rozewiczopen.pl/recenzje-2011/108-zatrwaajca-diagnoza
*


kocham Życie – las, strumienie, plażę, morze

zawieruchę, sztorm, zawieje śnieżne

śnieg skrzypiący pod butami, księżyc w pełni

bosość na chrzęszczącym piasku plaży

ludzi czasem także -
gdy ich nie ma

sobota, 22 listopada 2014

Nie można uciec od samego siebie



Nie można uciec od samego siebie przenosząc się z miejsca na miejsce.
Ernest Hemingway.

Czyli ciągnę się za sobą z miejsca w miejsce jak rzep na psim ogonie? jak ślimak ze swoim domkiem? Owszem, łajdak czy to w jednym, czy w innym miejscu może pozostać (czyli w dalszym ciągu być) łajdakiem, podobnie poeta poetą, robak robakiem, świnia świnią, czy hiena hieną. Zastanawiam się nad tą „ucieczką” – nad jej powodami i celem, czyli „dlaczego?” i „po co?”. Gdybym znał kontekst, w którym ta myśl się pojawiła… Ale nie znam. Jest jak obgryziona kość – można jedynie domyślać się smaku mięsa, którym ktoś wcześniej się uraczył. Można obejść się smakiem. Kto może mieć powody do uciekania od siebie? Od jakiego siebie? Od siebie rzeczywistego do wyimaginowanego? Pindarowska maksyma się przypomina: poznaj samego siebie.
„O swoich niejednorodnych tematycznie składnikach znanych nam ód zwycięskich sam Pindar stwierdził, że «podobnie do pszczoły, me piękne hymny pochwalne lecą od jednego przedmiotu do drugiego»”.

Czy można hemingwayowskie przenoszenie się z miejsca na miejsce i pindarowskie porównanie jego własnych hymnów do lotów pszczół spiąć klamrą „skakania z kwiatka na kwiatek”? Ale oto dobiegają mnie słowa Sokratesa, który na pytanie zadane przez Fajdrosa, czy wierzy w mity, odpowiada:
„…ja nie jestem w stanie, jak napis w Delfach powiada, poznać siebie samego. Więc mi się to śmieszne wydaje, kiedy siebie jeszcze nie znam, bawić się w takie nieswojo, niesamowite dociekania. Więc mało się tymi rzeczami interesuję; biorę je tak jak wszyscy inni i, jak mówię, nie to badam, ale siebie samego, czy ja sam nie jestem bydlę bardziej zawiłe i zakręcone, i nadęte niż Tyfon, czy też prostsze i bardzie łaskawe, które z natury ma w sobie coś boskiego i coś niskiego.”

Skakanie z kwiatka na kwiatek to żadne uciekanie z miejsca na miejsce – raczej wędrowanie tu i tam z samym sobą, z sobą przez siebie akceptowanym, utwierdzanie siebie w swoim tzw. «ja» w różnych miejscach. Już bliższe mi jest myślenie o uciekaniu z miejsc, w których przebywanie z samym sobą jest zakłócane. Przykuty (na przykład) z powodu choroby do łóżka szpitalnego, oglądający dzień w dzień te same ściany i ten sam sufit, wtłoczony w monotonny tryb szpitalnego dnia marzę o znalezieniu się – chociażby nawet w tym łóżku – na łonie natury, jak czujący zbliżającą się śmierć Boryna, gdy nieprzytomny wychodzi w pole, nabiera w koszulę ziemię i zaczyna siać.

Jednak nie jedynie szpitalność znamionuje owo „przykucie”, bo także zwyczajna codzienność. Bywa takie przykucie polem niezwykle ciężkiej i krwawej walki, na którym to polu jest się pozostawionym twarzą w twarz z samym sobą. Krótkotrwałą ucieczką od tego bitewnego zgiełku może być sen. Mogłoby nią być i zabawianie się myślami, jednak co rusz myślenie w takiej scenerii nasiąkałoby szpitalną rzeczywistością. Niekoniecznie choroba i szpital są „potrzebne”, aby czuć się zamkniętym jak w czterech ścianach między sufitem i podłogą. Każde ograniczenie, nawet ziarnko piasku w bucie czy źdźbło w oku, czyhające w codzienności jak ta kropla drążąca skałę może stawać się pętlą zaciskającą się wokół owego „siebie samego”, którego jeśli nawet nie do końca znamy i rozumiemy, to go jednak wyjątkowo mocno czujemy. Ale – aby jeszcze bardziej zapętlić i zamącić myśl – czujemy tego siebie samego całym samym sobą. Od niemowlęctwa do ostatniego świadomego tchnienia. Chciałoby się rzec: aż po grób. Jedyne prawdziwe „małżeństwo” to związek z samym sobą. Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela.

Na zakwieconej łące rozmyślań zaledwie dwóm-trzem kwiatkach zdołałem się przyjrzeć. A za tą łąką las, za nim następna łąka albo pole. Kwiatków moc w bezkresie wyobraźni.