środa, 26 lutego 2014

klucze, wytrychy

Krawat w rozmowie ze stryczkiem dowodzi swojej przydatności: że można go na różne sposoby formować, zacieśniać, rozluźniać itp. Stryczek odpowiada mu, że wychodzi z założenia „raz a dobrze”.
Czytamy książkę jako dziecko, potem jako młodzieniec, jeszcze potem jako dorosły, jako starzec – za każdym razem dokopujemy się do czegoś nowego, do czegoś, czego kiedyś w niej nie dostrzegaliśmy, często także nie dostrzegając dzisiaj tego, co kiedyś było dla nas podczas czytania tej książki najważniejsze. Bywa i tak, że w zależności od tego, czego szukamy, w zależności od nastawienia, od tematyki aktualnie nas zajmującej za każdym razem to coś, czego poszukujemy, odnajdziemy, a przynajmniej na jakiś trop natrafimy. Taka książka (tutaj książka jako przykład) czymś w rodzaju przewodnika po życiu być może.
Owe klucze i wytrychy to coś odwrotnie innego jest (bywa) – przy czym więcej sympatii mam dla wytrycha niż dla klucza. Weźmy klucz do szczęścia – wynajdując go zamykamy jednocześnie owo szczęście w pewnych ramach. Niech w nim (kluczu) i tysiące ząbków będą, to jednak zdarzyć się może, że tego tysiąc pierwszego zabraknie. Z wytrychem inaczej, chociaż zapominać nie można, że i on jedynie określone typy zamków może otwierać. Te wszystkie poradniki w stylu „Jak być...”, „Jak zostać...”, „Jak osiągnąć...”, „Jak zdobyć...” kojarzą mi się z takimi kluczami, co to niby coś otwierać powinny, co to w sumie, i owszem, trafiają, lecz „jak kulą w płot”. No, nie do końca tak, bo przecież kasa trafia do kieszeni autora.
Obejrzyjmy słowo kluczyć, czyli zawarty (zamknięty) w nim sens (a może treść). Kluczenie to także obracanie się w pewnym rewirze, obszarze – można rzec: kluczę, bo zgubiłem drogę. Bo kluczyć to jednocześnie inne obszary (czyli te poza tym obszarem, w którym się miotam) wykluczać. A nawet jeszcze gorzej, bo znaczyć to może, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że inne być mogą. A może to i lepiej – bo gdy klapki na oczach mamy… bo przecież bezpieczniej jest w małym się zgubić niż w dużym zagubić. Bo łatwiej chyba w małej klatce się odnaleźć niż w wolnej przestrzeni, kiedy to myśl i dusza na wszystkie strony popędzają.
Gdyby Życie nie polegało na przekraczaniu zastanych granic, na wychodzeniu poza pewne ramy, to zapewne już w zarodku byłoby zaprzeczeniem siebie. Weźmy przykłady przyziemne – te wszystkie krnąbrne, nieposłuszne, ciekawskie, wścibskie dzieci, które raczkują, następnie chodzą, i ciągle przeciągle zadają głupie pytania. Pani w szkole skarży się na Jasia, że się wierci, że energia go rozpiera, że nie uważa, że nie słucha, że nie może się skoncentrować. Bo przecież pani... bo przecież dorośli chcą to pulsujące w dzieciach Życie zakluczyć, pod klucz zamknąć w imię jakichś niby to praw i zasad, które niby tym właśnie Życiem kierują. Ale przecież i my dorośli (biologicznie) także sobie nawzajem takie pęta w postaci naszych osobistych ideałów na nasze dusze nakładamy. W psychologii mówi się o tendencji (w nas) do zamykania rezultatów poznania w postaci wyraźnych struktur, ale – pamiętać należy – mówi się także o umyśle otwartym. A może taki otwarty umysł jest już także w czymś zamknięty, czyli w sobie samym, bo zamknięty właśnie w kategorii umysłu, który przecież z czegoś wynika, czyli np. z otwartej i rozdartej duszy, czyli z takiej właśnie natury duszy, a ta z kolei z natury Natury (Przyrody). Bo Życie jest jedną z cech, jednym z przejawów Natury, bo przecież nie w odizolowaniu od tej Natury powstało, której – przecież – płodem (dzieckiem) jest.
Każdy ma swojego robaka, który go toczy – swoje ramy i klapki.
30 listopada 2003

cel w nieświadomej celowości

Pisanie na zadany temat, czyli niejako na zamówienie, a więc w głównej mierze nie‑wewnętrznie motywowane, jest uciążliwe. Ale wewnętrzna motywacja także bywa uciążliwa. Lecz nie do końca o pojęcie motywacji tu idzie, gdyż owa jakiś głębszy a zarazem zapewne uświadomiony cel posiada. Podobnie bywa chyba z nauczaniem w szkołach.
Motywuje się dzieci, a one „ni w ząb”, nie mogą pojąć o co nauczycielowi chodzi. Motywujemy je, a tu żadnej motywacji. Gdzie tkwi błąd, przyczyna niepowodzenia?
Czy możemy działać bezcelowo? Cel to coś w kategoriach uświadomionego czegoś w odniesieniu do przyszłości (dalszej lub także tej tuż-tuż). Czy jeśli pojawia się jakaś myśl, następnie jakieś zdanie w reakcji na czyjś pogląd to muszę mieć jakiś cel, czy może to być wynikiem spontanicznej reakcji (spontaniczność celem)?
Nieuświadomiony cel
Stefan Szuman obserwował dzieci, jeden zaś opisywany przez niego przypadek szczególnie utkwił mi w pamięci. Dziecko uczyło się siadania na nocniczku. I zastanawiał się Profesor nad mechanizmami wewnętrznymi. Dlaczego taki mały szkrab, ślamazarny, siadający przed nocnikiem, zamiast nad (czyli na), nie potrafiący wyobrazić sobie, że jeśli czegoś nie ma w zasięgu wzroku, to wcale nie oznacza, że tego czegoś nie ma... dlaczego siadać próbuje (z uporem)?
Co nas cieszy i dlaczego nas to cieszy. Dlaczego owo – z punktu widzenia dorosłych – niedołężne dziecko chce się nauczyć siadania na nocniczku? Gdzie i jakiej odpowiedzi należałoby się doszukiwać? – zapewne, chociaż nie jedynie, na twarzy dziecka w momencie opanowania tej piekielnie trudnej dla niego sztuki. Jak dostać się do tego kłębowiska nitek w jego małej główce? A jeśli już tam dotrzemy (tzn. gdy tak nam się wydaje), to jak zinterpretować ten (niby) chaos uczuć o różnym natężeniu i rozpiętości tych uczuć.
Stefan Szuman mówił o pojęciu słowa CEL. Działanie dziecka jest celowe w jakimś sensie, ale nie w tym, w jakim rozumiane jest ono przez dorosłych (tych, jak mniemam, przede wszystkim rozsądnych dorosłych). Dziecko nie uświadamia sobie, dlaczego i po co dokądś zmierza (w myślach, ruchach). Dorośli obserwując to wszystko z zewnątrz mogą powiedzieć, że celem kilkudniowych wysiłków dziecka było nauczenie się siadania na nocniczku. Tak więc małe dziecko działa na tyle celowo, na ile jego działanie zostanie w takie właśnie słowo-pojęcie ubrane, w taki sposób, w takich kategoriach określone. Tak rozumiejąc pojęcie celu (a więc dwoiście) można uznać, że rozwój natury, kierunek tego rozwoju jest również na coś „wycelowany”. Dziecko, przyroda... cel w nieświadomej celowości.
W książce Wartość i człowiek Henryka Elzenberga jest rozdział Ekspresja pozaestetyczna i estetyczna. I to pasuje jakoś do przewrotnego na pozór mojego przeświadczenia, że potrzeba estetyczna nie należy do kategorii tzw. potrzeb wyższych, społecznych... Z tym, że tutaj akcent wywodu położony jest na przeżycia obserwatora. Kilka wyrwanych z kontekstu sformułowań:
…radość się na twarzy, złośliwość w oczach, stanowczość i energia w ruchach „maluje”,
...treść psychiczna musi w objawie – czy na nim – być dana mniej więcej tak, jak wilgoć w gąbce, zapach w powiewie, blask na śniegu, poezja w sonecie – dosadniej może jeszcze: jak mokrość w wodzie albo jak zieleń na liściu.
...nie piękno duszy artysty ujawnione w jego utworze, ale sam utwór rozpatrywany jako czyjąś duszę ujawniający, nie radosny nastrój dziecka, lecz jego minka nastrojem tym promieniejąca.
20 stycznia 2002

język gryzie

Gryzieni przez coś ludzie wylewają swoje żale – coś ich w duszy gryzie, gryzie ich duszę. Ale tutaj chodzi o język w rozumieniu instrumentu do porozumiewania się ludzi – o słowa lub jedynie wyrazy składane w zdania, które owo porozumienie utrudniają, czy nawet wręcz uniemożliwiają. Jeżeli używa się wyrazów niejako bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się nad ich sensem (czyli nie w kategorii słów ich używamy, lecz wyrazów właśnie), wówczas jeszcze można traktować to jako próbę przekazywanie myśli, przekazywanie w formie prostej, jako tekstu bez podtekstów, ale jednak tekstu wyrwanego z kontekstu, tekstu traktowanego tak, jakby nie dotyczył, nie miał związku z konkretną sytuacją, która była zaczynem rozmowy. Język – w sensie mowy – może utrudniać porozumiewanie się z innymi (zapewne i z samym sobą za pomocą tzw. mowy wewnętrznej), czyli nie czyni łatwym tego porozumienia, które nie staje się tym, czym w zamierzeniu stać się miało, a staje się mimochodem czymś przeciwnym, czyli nieporozumieniem. Silenie się na porozumienie może sprawę jeszcze bardziej pogorszyć – nieporozumienia bardzo często przyczyniają się do jeszcze głębszych i rozleglejszych nieporozumień.
Jest wiele słów, których nie ma, czyli brak często słów, które sprzyjałyby wyrażaniu naszych myśli, nastrojów, uczuć. Są słowa, które wiele znaczą, a które prze tę wieloznaczność niewiele znaczyć mogą, jeśli ich nie użyjemy w ścisłym związku z konkretną sytuacją, której wypowiadane słowa dotyczą. Używa się słów w nijaki sposób. Dopiero w trwającej i rozwijającej się rozmowie mogą nabierać te słowa konkretniejszego znaczenia; albo jednak pozbawione są konkretnego znaczenia, sprawiając, że sytuacja stawać się zaczyna bardziej zagmatwana, gdyż w dialogu jakimś każda z osób jest w innym (swoim) świecie, każda z nich po wypowiedzeniu słowa/zdania powraca w rewiry swojej wyobraźni.
Słowa/wyrazy mogą wprowadzać mętlik, niewłaściwie użyte zamiast łączyć i porozumiewać potrafią zniechęcić jedynie do jakiegokolwiek wytężania myśli przez kogoś, kto w te meandry języka, czyli mowy, został podstępnie lub jedynie mimowolnie wciągnięty.
Gryzienie. Co oznaczać może, co wyrażać może w rzeczywistości i w zamyśle? I jeśli użyję sformułowania, że najzupełniej poważnie podchodzę do poruszanych tu spraw, to już zanim jakieś uzasadnienie bym tu wytoczyć chciał, to niepoważne i na pozór bezsensowne wydaje mi się takie sformułowanie. No bo jak można rozumieć, a raczej co powinno oznaczać, najzupełniej, także pochodne najniezupełniej na przykład. Zupełnie pogryziony, czy może najzupełniej? Pogryziony to może zły przykład jest, przemoczony chyba lepszy, właściwszy (jako przykład). Ale znowu najzupełniej przemoczony to przecież taki przemoczony jedynie, a jedynie w sensie takim, że samo słowo przemoczony wystarcza do zrozumienia, że coś jest mokre zupełnie, a więc słowo zupełnie najzupełniej nie jest tu potrzebne. Tak jak niepotrzebne są wszystkie słowa użyte powyżej, gdyż niczego nie wyjaśniają, a jedynie rzucić mogą nieco światła na osobę, która te słowa pisze. A jak można rzucić światło, szczególnie jakiś kawałek, czy odrobinę? A czy może ktoś być tak do końca, zupełnie (najzupełniej) porąbany? Pewnikiem, zapewne, prawdopodobnie tak. Czy można coś do końca porąbać? I co znaczy do końca – od początku do końca jak kawałek kija, czy zupełnie, czyli tak zupełnie porąbać, że porąbać dalej (bardziej) się nie da? A kawałek kija? – możemy tak powiedzieć, gdy widzieliśmy ten kij w całości, w przeciwnym razie (gdy go nie widzieliśmy) po cóż ten kawałek, wystarczy przecież kij, lub kijek. Itd., itp. można by „rzekać”. Wniosek nasuwa się jeden z wielu możliwych, a że żadnego preferować nie chcę – bez wniosku więc!
14 lutego 2002

prawidła, prawa, zasady i nagość jako maska


Tworzenie reguł nie jest wyjątkowym zjawiskiem ludzkiej myśli. Wyjątek to także reguła potwierdzająca regułę. Ewentualny brak wyjątków nie potwierdzałby jedynie reguły występowania wyjątków, nie negowałby jednak ów brak wyjątków samej reguły, którą wyjątki miałyby potwierdzać. A więc nawet na wyjątki jest trochę miejsca, jednakże wyjątki bliższe są regułom, chociaż im przeciwne, a przez to i odległe, gdyż gdyby wyjątków nie było, nie miałyby czego potwierdzać. Czyli nie byłoby reguł, gdyby nie wyjątki, które przecież istnienie reguł potwierdzają, tak więc wystarczy jedynie stworzyć regułę określającą, że wyjątków żadnych nie ma i tym samym doprowadzić do samounicestwienia się reguły.
Wszystko jest regułą, także wszystko, co nią nie jest. Także regułą jest, że coś niezgodne z tą regułą jest, czy też z jakąkolwiek inną regułą, gdyż w każdej regule przewidziane jest miejsce na zachodzący wbrew tej regule przypadek, lub przypadek niezgodnie z regułą zachodzący, czyli gdyby cokolwiek kiedykolwiek odstępstwem od reguły się okazało. Chaos także jest regułą, zaś każda regularna niechaotyczność jest jedynie wyjątkiem potwierdzającym istnienie chaosu. Niepojęty chaos musi być ujęty w reguły, gdyż regułą jest, że wszystko co poza ramy reguł się wymyka, także w jakieś – jakiekolwiek, byleby tylko – reguły ujęte być musi, nawet gdy wyjątkiem jest. Bo czymże byłyby reguły, gdyby nie było w nich miejsca na odstępstwa od reguł, czyli gdyby tych odstępstw nie uwzględniały.
Zasadniczą zasadą jest, że coś musi się dziać, nawet gdy coś się nie dzieje. Zgodna z zasadą jest także sytuacja, gdy nic się nie dzieje, także, gdy dzieje się coś innego od tego, co się w danej chwili nie dzieje. Bo główną i podstawową zasadą jest zasada zawszedziania się czegokolwiek, także wtedy, gdy wbrew pozorom nic się nie dzieje, jako że zgodnie z ową zasadą zawszedziania się czegokolwiek zawsze coś się działo, dzieje się i dziać się będzie, nawet wtedy, gdy już żadnych zasad nie będzie... miał kto ustanawiać. Ale w takim przypadku nawet żadnozasadztwo może stać się główną, podstawową i jedyną zasadą – jako cień, smuga, echo, posmak, poszum przeszłości, czyli zawszedziania się czegokolwiek, ponieważ zasadniczo: każde zawsze każdym było, każdym jest i każdym będzie – wczoraj, dzisiaj i jutro są jak stany H2O: na przemian stałe, płynne i lotne. Tak więc kiedyś, na powrót, tylko jedyna zasada pozostanie, zgodnie z którą: zasadą jest z zasady to, że zasady żadnej nie ma, czyli że w sumie coś, czego nie ma, także jest. Pamiętając o naprzemiennych trzech stanach, nie zapominając przy tym o „stanach trzecich” Tatarkiewicza, będziemy pamiętać o tym, że żadnozasadztwo, bez-zasadowość i bezzasadność nie tylko będą, ale były i są.
Prawa (tworzone przez ludzi) w niesprawiedliwej sprawiedliwości i w sprawiedliwej niesprawiedliwości na przemian. W tak zasadniczo uzasadowionej rzeczywistości prawa nie mają racji bytu. Cóż prawom po nich samych, jeśli miejsca dla nich, dla ich przestrzegania brak, gorzej nawet, jako że z zasady nie przewiduje się miejsca dla czegoś, czego nie ma. Tak więc, jeżeli miejsca dla przestrzegania praw nie ma, znaczyć to może jedynie, że praw po prostu nie ma. A jeżeli praw nie ma, to nie ma także bezprawia, gdyż o bezprawiu można mówić jedynie w kontekście prawa, które z reguły jest łamane i dlatego tak dużo jest bezprawia. Jeśli czegoś nie ma, nie może być łamane.
Praw nie stać nawet na wyjątki, bo jeżeli coś nawet już jedynie coś znaczy, a nawet cokolwiek znaczy, bez względu na to, ile znaczy, i w dalszym ciągu jednoznacznie znaczyć coś ma, to gdzie jest w tych prawach miejsce na wyjątki? Jednakże – bo zgodnie z zasadą jedynozasadztwa zasadzającej się na zasadzie tylkozasadztwa – także dla reguł, a tym samym dla wyjątków, nie ma tu miejsca, czyli miejsca takiego w ogóle nie ma. A jeśli dla wyjątków nie ma miejsca, to cóż dopiero dla regularnie zakłócających ład i porządek reguł, dzięki którym nie wiadomo już, co jest regułą, a co nią nie jest, jako że wszystko możliwe i niemożliwe wchłonięte zostało przez reguły.
Jedynozasadztwo nie zakłada niczego, nie zakłada nawet istnienia jakiejkolwiek zasady, a tym bardziej istnienia czegokolwiek poza zasadami. Krótkowzroczna dalekowzroczność jako zasadnicza i jedyna cecha zasady nie pozwala czegokolwiek zakładać, gdyż takie postawienie sprawy sprzeczne by było z odwieczną zasadą, która już sama w sobie jest wszystkosprawczą przyczynowością.
Czy odłamy każdego z wynaturzeń z osobna, bo wynaturzeniem jest bycie poza zasadą... czy więc odłamy owe są rzeczywiście tym, czym o nich można pomyśleć że są? Czy aby przypadkiem, co już jednak nie byłoby przypadkiem, pod wspólnym sztandarem zasad, czyli w ramach jedynozasadztwa nie powinno się dopatrywać ich istoty?
Prawo – nie wiedząc do końca czym jest, a nawet w ogóle nie wiedząc, bo jak można wiedzieć nigdy nad tym się nie zastanawiając – w samym sobie zagubione, złe rozeznanie w plątaninie skłóconych pojęć poczyniło i siebie z prawem innej natury niż ono samo pomyliło. Ustanawiając siebie prawem, niby to prawem naturalnym Natury się podpierając, istnienie swoje za naturalność uważać zaczęło, aż wreszcie nawet uwierzyło, że do szpiku kości samą Naturą jest.
Naturalne prawa Natury w sytuacjach wyjątkowego pomieszania różnorodnych sztucznych, na dodatek samozwańczych stworów... otóż te naturalne prawa Natury w takich sytuacjach nawet działać nie muszą. Prawa Natury w takich sytuacjach działają nawet, gdy nie działają. Samozwańcze i zagubione w swoim jestestwie prawo nienaturalne (tworzone przez ludzi) pozostało pozostawione samo sobie, jako że nie podlegało żadnym prawom rozwoju i przemian, a to dlatego, że prawo Natury zadziałało poprzez niezadziałanie. Sztuczne prawo z przerażenia zastygło w przerażeniu i z przerażeniem na ustach zamarło. Przebiegłe naturalne prawo Natury, dostrzegając nawet w rodzącej się i rozpleniającej wielości sztucznych tworów naturalną koleją rzeczy pozostawia – jak we wszystkim, czego rozwojem kieruje, czyli we wszystkim – ziarna zawierające jądro istoty rozwoju. Samo prawo naturalne byłoby niczym, czyli nie byłoby takiego prawa wcale, gdyby nie owa istota rozwoju. Rozwój – jak to było widoczne – może jednak także unicestwieniem się zakończyć.
Nagość jako maska
Czy w ferworze zamieszania nie dochodzi do swój-swojego-bije, gdy szaty barwoochronne już zdarte, a wszyscy nadzy już będąc, niby do siebie podobni są, bo dotychczas jedynie szaty ich językiem i myślą codzienną były. Kogóż więc – gdy taka potrzeba zaistnieje – bić, kogóż nie bić, gdy wszyscy nagimi będąc nikim się stają. Cóż więc za korzyść z tej nagości może być, jeżeli wszyscy tak samo nadzy są i tak samo dla wszystkich nagość jedynie maskę stanowić może, jako że maskowanie niegdyś drugą naturą będące teraz w pierwszą naturę się przyodziało, aby wreszcie po zniszczeniu wtórnie pierwszej natury pierwszą naturą się stać. Gdyby jeszcze pierwotnie pierwsza natura, obecnie jako druga, chociaż w cząstkowej postaci istniała, można by się do niej w tak krytycznej sytuacji odwołać. Nagość, chociaż widoczna, już nagością nie jest, bo być nią przestała, nawet sama dla siebie szczególnie zamaskowioną maskę stanowi, maskę, którą trudno jest przyporządkować jakiejkolwiek regule, jakiemukolwiek wyjątkowi, nie wspominając bliżej o prawach, których wiedza o maskach, granicząc wręcz z nieograniczonością wiedzy, nie przewidywała istnienia czegoś, co maską nie jest, czyli nie przewidywała możliwości istnienia nagiej nagości. Nagość nie będąca maską? To niemożliwe! To wbrew wszelkim zasadom, regułom, to przede wszystkim wbrew prawu!
29 czerwca 2003
Odrzucanie zasad to także zasada – Jean-Paul Sartre

sposób na sposób życia (karczowisko)

Sposób bycia, a może sposób na sposób bycia, czyli nie „sposób na życie” mam na myśli, lecz sposób na ten wrośnięty we mnie sposób życia - aby go "podejść taktycznie" i zmienić. Tak jak sposób na kogoś, jak sposób na wychowanie dziecka itp.
Z jednego z filmów Bergmana:
Ona: – Czy wszyscy są zamknięci? Zamknięci w swojej skorupie – i ty i ja? Wszyscy?

On: – Człowiek zakreśla magiczny krąg wokół siebie. Życie ten krąg przebija. Człowiek zakreśla więc następny. Potem następny...
Jakże łatwo przychodzi nam nie raz i nie dwa dokonywanie sądów, dorabianie komuś łatek, zaszufladkowywanie innych. Oceniając innych na zasadzie wartościowania, z pięknego lasu stwarzamy pożałowania godne karczowisko. Głusi, jak te pnie – chciałoby się rzec.
Pisarz do dziewczyny (z tegoż filmu):
Młode dziewczyny napełniają mnie smutkiem –  tak wiele chcą.
Jasne i głębokie słowa, raczej wyrażone z ich pomocą myśli. Maksymy, aforyzmy. Minimax – minimum słowa, maximum treści (czasem aż „do szpiku kości”). Z drugiej strony niewerbalne „wyrazy” (mowa ciała) komunikowania się. W sposobie wyrażania słów można wyczuć (jeśli jest) fałsz, nieszczerość, grę, ale także i przeciwnie, nawet w rwanych, szarpanych, postrzępionych zdaniach można odczytać („wyczuć”) uczucia. Więcej nawet, bo i bez słów – spojrzeniem, gestem, „wyrazem” ciała można wyrazić jeszcze więcej. Uczucia nie potrzebują słów.
O te światy wewnętrzne idzie, i nie że złe to, że obok siebie w różnych światach żyjemy, ale że oderwane bywają, odizolowane. O te rozdzielające nas ściany, ścianki działowe na przykład w czterech ścianach domu... O to między innymi, że dialogi na cztery ręce między niemowlakiem a rodzicem, także gdy niemowlak już dziecięciem biegającym się staje, w sumie często żadnymi dialogami są, być nie są w stanie. Kręgi na wodzie nie przenikają się wzajemnie...
Tak wiele chcą młode dziewczyny... Wiele chcą dzieci, chcą także dorośli, chociaż ci ostatni mniej – dlaczego mniej? A może nie „mniej” lecz „więcej”? Smutni są ci, co wiele chcą, czy raczej smutny (ubogi) jest ten, kto tych innych tak odbiera, a może smutna jest rzeczywistość, którą tworzymy, a w której realizacja „chceń” jest utrudniona? Czy bywamy smutni z powodu nas samych – czy jako rodzice nieopatrznie przyczyniamy się do wychowania następnych smutasów?
Z opowiadania Morze Tadeusza Różewicza:
Jestem żywy – myślał Wiktor. – Więc to ja jestem żywy. Tylko ja mam w sobie ten wschód słońca. Różową mgłę nad czerwcowymi łąkami. [...] Nie było, nie ma i nie będzie na całym świecie drugiego człowieka wypełnionego tymi obrazami. Każdy ma w sobie zwiniętą taśmę kolorowych i bezbarwnych filmów. Każdy film jest zmontowany wyłącznie w pamięci jednego człowieka. Ginie razem z nim. Nieśmiałe próby opowiedzenia za życia, wyświetlenia po śmierci są skazane zawsze na niepowodzenie. Fałszywe są światła, ujęcia, plany, dialogi.
W jakim stopniu mogą nam być pomocni specjaliści, i to nie tylko od „komunikologii”, abyśmy potrafili uświadomić sobie bogactwo tych obrazów malujących się w drugim człowieku? Jakże często nieopatrznym gestem wytwarzamy ścianę ciemności lub płot z drutu kolczastego między sobą a kimś bliskim, wytwarzamy gestem – niczym zdmuchnięciem delikatnego światła świecy. Jednak często właśnie w ciszy i ciemności można wyraźniej „poczuć” drugą osobę, jeśli ta ciemność i ta cisza są tylko zewnętrzne. W „jedno ciało i jedną duszę” stopiona matka z niemowlęciem – wtulone w siebie podczas zasypiania w ciemności i ciszy. Bez gestów, bez słów, bez spojrzeń w oczy... Teorie dotyczyć mogą często wszystkich „do kupy”, a zarazem nikogo konkretnego. O rodzajach potrzeb i uczuć można czytać przez całe życie, bo w tonach tomów o tym napisano. I nie „receptologów” jako autorów tych tomów mam tu na myśli, lecz uznanych autorów.
Ze Szkiców literackich Boya:
Łatwo zgadnąć, czym być może owa książka, zrodzona z nieczystych pobudek, a pisana przez osobnika dotkniętego brakiem „muzykalności literackiej”, i to nie tylko w sferze żartu i humoru! Ten człowiek nigdy nie wyczuwa tonu. W muzyce nie jest możliwe, aby ktoś bez słuchu mógł się zajmować muzyką; w krytyce literackiej zdarza się to, niestety. Stąd interpretacja pana Irzykowskiego, jaką torturuje moje teksty, jest nieustannym fałszem (...).
Radość zapędzana w kozi róg, radość skrywana w skorupie, zasieki chroniące wewnętrzność przed zewnętrznością. Zamknięcie, odgrodzenie się azylem radosnej wolności, wolnej radości.
13 maja 2002

wtorek, 28 stycznia 2014

człowiek istota polująca

Różne określenia przylgnęły do gatunku homo jako przecież wyjątkowej istoty żywej. Określamy się mianem istot rozumnych, myślących, twórczych, bawiących się, pracujących, politykujących itd. W sumie wiemy z grubsza JACY jesteśmy, można jednak sobie pospekulować (jako istota spekulująca np.) w sensie nie tyle DLACZEGO? lecz PO CO?, czyli jakie w naszych działaniach są ukryte cele?
Człowiek jako istota polująca. Czy zbliża nas takie określenie do gatunków zwierzęcych, których życie polega na ciągłym polowaniu lub na ucieczce przed myśliwymi (drapieżcami)? A może za pomocą słowa polujący nie za bardzo można oddać sens i treść ludzkich poczynań?
Z książki Kazimierza Obuchowskiego W poszukiwaniu właściwości człowieka:
Po badaniach zoopsychologów i zoosocjologów (Tinbergena, Lorenza) wiemy już, że świat zwierząt to nie jest wyłącznie bezwzględna walka o byt indywidualny i gatunkowy. W świecie tym żądzą złożone reguły społecznego współżycia, a system rytuałów, tabu i ról społecznych jest, być może, ściślej przestrzegany niż w społeczeństwie ludzkim.
Spotkać się można z przyrównywaniem życia ludzkiego do teatru, targowiska, można w tym tonie przyrównać je również do aukcji. Jednak tego typu określenia niezbyt dokładnie mogą oddać sens naszych poczynań. Dlatego coś w sensie polowania chyba w miarę trafnie nas dookreśla. Wszelkie stosowane przez nas na co dzień strategie, podchody, kunktatorstwa, taktyki mające na celu wyprowadzenie kogoś w pole, czy też zdobycie kogoś w jakiś sposób, podejście go – wszystkie tego typu zabiegi podobne są do polowania. Bo gra lub zabawa to byłoby za mało powiedziane, ponieważ zdobywamy kogoś, albo oddajemy się w niewolę często na całe życie, czy też na dłuższy okres tego życia. Może słowo pojmowanie, czyli człowiek pojmujący byłoby odpowiedniejsze od słów polowanie, polujący? Nawet oddając się w niewolę też coś możemy osiągnąć... Może człowiek jako istota osiągająca, panująca? – poprzez pojmowanie innych (w sensie w niewolę – pojąć za żonę i za męża też by tu pasowało). Może także np. pojmujący (zdobywający) ale jednocześnie nie pojmujący (nie rozumiejący), dlaczego kogoś lub coś pojmuje w posiadanie.
Inne niż zwierzęce są te nasze polowania. Zwierzęta polują, dopadają, zżerają – korzyść wiadoma. A te ludzkie polowanka na kogoś...? – na przykład kobieta na mężczyznę poluje: on wie o tym lub nie wie, może wyczuwa, ale wreszcie wiedzieć będzie, jeśli nie jołop, że to on upolowany został, chociaż i on jednocześnie jakąś tam korzyść z tego upolowania miał (chociażby to, że np. ktoś go upolować chciał). Rzec by się chciało: wilk syty i owca cała – czyli na pozór tak właśnie. Ale kto jest tutaj górą? Oczywiście od celu to zależy, jaki sobie myśliwa (od: myśliwy) założyła. Cel, jak wiadomo, uświęca środki, ale jednak... jednak przede wszystkim z tymi (ogólnie nazywając) potrzebami też związek ścisły ma (ten cel). Jeżeli na zasadzie jednorazowego posiłku to było – zgoda. Niech to chuć się nazywa, albo złość, albo zemsta – czyli coś na chwilę, wtedy zbędne są pytania zagłębiające się w czyn, w jego źródła... po prostu nieważne. Jeśli jednak chcemy upolować, aby mieć, czyli chcemy kogoś zdobyć – co wtedy? Do zagrody, do klatki zdobycz wpędzamy, pilnujemy jej, obawy się pojawiają: czy dobrowolnie zdobycz w klatce siedzi, czy też przy lada okazji pędem przed siebie by się puściła.
W książce Sofiści (z serii Myśli i Ludzie):
Zerknąłem do Platona, do jego tekstu, w którym przedstawił swoje poszukiwania dotyczące treści pojęcia sofista. Jest i o polowaniu – istnieje polowanie na ludzi (czyli ludzi na ludzi). Łowy w wykonaniu zakochanych... w łowach tych osoby upolowane dostają w dodatku prezenty.
24 lutego 2002

poniedziałek, 27 stycznia 2014

miłość na ławie oskarżonych



Rozmawiać i poznawać
na tym polega szczęście.
Platon
 
Nie o jakąś pojedynczą rozprawę sądową idzie, lecz o długi, żmudny, skomplikowany proces. Na ławie oskarżonych zasiądzie „miłość”, a nawet cała jej rodzina, wszelkie bękarty, mutanty, falsyfikaty itp.

To będzie proces nie tylko stulecia, ale tysiącleci! Może coś w rodzaju Świętej Inkwizycji – stos już czeka… albo z czasów Rewolucji Francuskiej gilotyna; albo średniowieczne łamanie po kolei wszystkich członków i na końcu rzucenie psom na pożarcie.

Tak, wszystko na to wskazuje, że prawda będzie okrutna; ale nie uprzedzajmy faktów.

Nie chodzi o osoby, o ludzi – w procesie uczestniczyć mają uczucia różnej maści; poza sędzią i obrońcą będzie i ława oskarżonych, i liczna publika; ma to być reprezentacja całej gamy kolorów i zapachów uczuć.


Podszeptka[1]:


 Nie można sądzić miłości razem z jakimiś mutantami, bękartami, hm... ale oczywiście chodzi tylko o „miłość” mężczyzny do kobiety i odwrotnie?


Nie tak, bo chodzi o „miłość” w ogóle – a te odszczepienia, szczepy, mutanty czy jak je tam jeszcze nazwać... one wszystkie pochodzą ze wspólnego łoża, a raczej ze wspólnego łona.

Sędzia nie jest jeszcze wyznaczony, bo trudno jest znaleźć kogoś bezstronnego; także nie wiadomo jakiej płci ma być; odzywają się głosy, że jakaś trzecia płeć powinna być, ale tą trzecią są właściwie dzieci (tak ktoś kiedyś gdzieś określił), te zaś bywa że bywają bezwzględne i okrutne. Oczekuje się na ten temat (dotyczy sędziego lub sędziny) propozycji od osób dotkniętych, zaatakowanych, poszkodowanych przez oskarżoną; wszelkie „mezaliansowe opery mydlane” będą wyciągane na światło dzienne, także morderstwa, intrygi, samobójstwa – no, po prostu wszystko!

Każdy może jeszcze zabrać głos, ale potem – gdy już skład sędziowski i ława przysięgłych zostaną ustalone – będzie za późno na jakiekolwiek propozycje i zmiany; chyba, że sprawy tak się potoczą, że trzeba będzie wszystkich zmienić, tylko kto z kolei będzie o tym decydował?


Podszeptka:

Czy to będzie farsa, groteska, komedia, dramat, czy coś innego? Myślę, mam nadzieję, że „miłość” sama się obroni, bez niej nie ma życia, ona musi istnieć, więc nie powinno się skazywać jej na stos. Rodzaje… – macierzyńska, dojrzała, młodzieńcza, wzajemna, od pierwszego wejrzenia, niespełniona, spełniona, przyjacielska, bezgraniczna, bezwarunkowa, ślepa, romantyczna, erotyczna, fizyczna, uzależniająca, obsesyjna, dynamiczna, rozsądna, namiętna, delikatna, szalona, miłosierna, dziecięca…?


O każdy jej odłam i odłamek chodzi! Ale o najpierwszej, najpierwotniejszej sprawczyni nie zapominając, czyli o tej miłości do siebie samego, wszak i w drugim największym Przykazaniu Boskim jest o niej; wszystkie inne to jej odcienie, bękarty, żony, wdowy i kochanki.

Przypomnieć trzeba oczywistość, że na ławie oskarżonych nie sadza się za dobre czyny. Oskarżona („miłość”) ogromem swoich ofiar przewyższa „dokonania” wszystkich dotychczasowych i przyszłych „totalitarek” (uczuć/sprawczyń systemów totalitarnych) razem wziętych; każdy człowiek był, jest i będzie nią dotknięty.

Dochodzą słuchy z dobrze poinformowanych źródeł, że niejaki JEST ma być w tej sprawie sędzią i katem, bo zarówno potencjalni obrońcy, jak i potencjalni ławnicy skażeni są przez oskarżoną i byliby tendencyjni (ci nią zarówno oślepieni, jak i do bólu czy śmiertelnie porażeni).

Propozycja padła, JEST zgadza się i przystaje na nią. Za chwilę uda się na łono natury i tam – słuchając jej podszeptów – poszuka natchnienia, natchnie się wieczną prawdą emanującą z Kosmosu.

Na drogę wyposaży się w „Pierwszy Kodeks” zawierający tylko jeden paragraf, ograniczony zaledwie do jego tytułu: „Na Początku Był Chaos”. Wszak całe zło tego świata w którymś miejscu się zaczęło, a może nawet owo zło wraz z Chaosem jest początkiem wszystkiego.

Na świadków może JEST powoływać kogo zechce, zaś odmowa świadkowania będzie surowo karana! Każdy musi wziąć to pod uwagę, jak również i to, że „całą prawdę i tylko prawdę” trzeba będzie koniecznie przedstawiać, dla żadnych dukań wykrętnych typu „wedle mojej aktualnej wiedzy” lub „nie pamiętam” itp. wykrętów miejsca być nie może, każdy taki przejaw będzie natychmiast napiętnowany. Każde uczucie-świadek używające takich „wybiegów słownych” wrzucone zostanie do lochu wspólnego dla wszystkich uczuć-kombinatorek.

Publiczność cielesna będzie na zewnątrz, tam – jeżeli zajdzie taka potrzeba – będzie składać zeznania, zaś w sali sądowej – jak wspomniano – będzie miejsce jedynie dla uczuć. Również JEST jako ciało fizyczne będzie na zewnątrz, tak więc w sali będzie reprezentowany przez swoje wnętrze, natomiast ze sobą samym, czyli ze swoją cielesną postacią przebywającą na zewnątrz będzie czasami się konsultował, ale – jak podkreśla z naciskiem – ostrożnie, aby samemu sobie nie dać się zwieść.

Jednoosobowy Sąd nie nazywa się ani imieniem, ani żadnym innym określeniem – on po prostu jest. Mówiąc o nim należy mówić JEST. JEST nie jest ani obiektywny lub nieobiektywny, ani dobry lub zły, nie jest żadnym wszystkim, w niczym się nie zawiera, chociaż wszystko inne zawiera w sobie jego ślady.


„Zanim kogoś osądzisz, dopytaj/dosłuchaj” – każdą, która nie będzie przestrzegała tej zasady, wykluczy JEST z możliwości uczestnictwa w zeznaniach, zaś ewentualne zeznania takich „podszeptek” o niewyraźnych intencjach będą kilkakrotnie dokładnie brane pod lupę. „Intencje” to kolejne potencjalne oskarżone na długiej liście przygotowywanej aktualnie przez JEST.


Podszeptka:

Nie widzę powodu, by „miłość” miała tam zasiadać. „Miłość” to Miłość – samo dobro, nasuwa się na myśl biblijny hymn o miłości… tak, taką „miłość” trudno spotkać czy też jej doznać, ale to właśnie jest miłość. Wszelkie robienie sobie przykrości, ranienie, krzywdzenie, przywłaszczanie drugiej osoby, ograniczanie jej, podporządkowywanie itd. to nie miłość, tylko egoizm. „Miłość” to pragnienie dobra. Więc o co można ją oskarżać? Jeśli miłowanie jest nieodwzajemnione to „miłość” nie posuwa się do złych uczynków, tylko miłuje dalej i pragnie dobra miłowanej, inne uczucia to nie „miłość” tylko pożądanie, zaślepienie, egocentryzm. Co innego „bycie zakochanym”, tu już nasuwają się trochę inne myśli.


JEST rozważa: jak wygląda miłość, o której większość wie, że istnieje, ale zarazem o tym jak owa „miłość” wygląda większość nie wie, wie natomiast jak „miłość” nie powinna wyglądać? Ci, których dotknęła „miłość” rozpościerająca się po wszystkich zakamarkach ziemi i ciał obdarzonych duszą i psychiką… wszyscy oni konfrontują odnoszone z powodu „miłości” ślady z własnymi wyobrażeniami o miłości, z wyobrażeniami dotyczącymi przede wszystkim tego, jak nie powinna wyglądać.


Wśród osób oczekujących miłości oraz wśród tych nią już dotkniętych można dostrzec dwa główne typy reprezentowanych przez nich emocji, z których jeden wydaje się być ściśle uzależniony od „postawy” wyrosłej na „żądaniu bycia kochanym”, drugi zaś od „czekania na pokochanie kogoś”. Należy w tym miejscu od razu dodać, że wobec „postaw” również zostały wniesione do JEST poważne zastrzeżenia, wręcz oskarżenia. Tak więc bez względu na to jakie by „postawy” były czy nie były, czyli wszystkie bez wyjątku, są pochodnymi poważnie podejrzanej już na tym wstępnym etapie procesu „postawy” w ogóle. Być może nawet „postawa” to córka lub inna powinowata „miłości”.

Trudno jest już w tym momencie orzec, o jaką „miłość” chodzi owej większości nią dotkniętych. Można jedynie domniemywać, że jedna część wspomnianej większości, ta z wrośniętym „żądaniem” jest, wbrew pozorom, bliższa „miłości” pierwotnej, czyli polegającej na „kochaniu siebie samego”. Czy więc druga część większości, ta „oczekująca na pokochanie kogoś”, byłaby innej konstrukcji duchowo-emocjonalnej niż ta z wrośniętym i do niezwykłych rozmiarów rozrośniętym „żądaniem bycia kochanym”? Pochopnością byłoby zbyt wczesne wyciąganie wniosków, tym bardziej, że w takim postawieniu sprawy zarysowywałby się podział miłości na rodzaje, gdy tymczasem skupić się należy na zasiadającej na ławie oskarżonych głównej sprawczyni ludzkich cierpień, zaś owe różne jej przejawy czy przebrania (nazwy, rodzaje, typy) to jedynie kamuflaże, podróbki, niedoróbki, buble, mutantki itp.


Sugestka[2]:

miłość przybiera mylące formy, które przeszkadzają temu, kto ją odczuwa, domyślić się jej prawdziwej natury.[3]


JEST podąży teraz jedną z dróg, które przebyć musi, aby chociaż o krok przybliżyć się do miejsca, w którym na chwilę w zadumie przystając będzie mógł dostrzec w mrocznej otchłani emanowanej przez najróżnorodniejsze opinie o zasiadającej na ławie oskarżonych „miłości” chociażby strzępki, ślady rzeczywistej duszy owej wszechobecnej i wszechmocnej zawoalowanej zjawy.


Sugestki:


„miłość” własna – „miłość” do samego siebie, kierowana pragnieniem własnego szczęścia. Często kojarzona z egoizmem, choć nie są to synonimy.[4]


We współczesnej duchowości chrześcijańskiej podkreśla się, że „miłość” własna sama w sobie nie jest zła. Złe jest tylko nadmierne skupianie uwagi na sobie (egoizm, narcyzm).

Św. Augustyn podkreślał: „Kto nie umie kochać siebie, nie umie też kochać bliźniego”.[5]


Św. Tomasz z Akwinu pisał, że człowiek z natury został stworzony do ukochania wszelkiego dobra, włącznie ze swoim własnym. „Miłość” do samego siebie ubogaca się i doskonali poprzez bezinteresowną „miłość” do innych. „Miłość” jaką ktoś darzy drugą osobę, „wynika z miłości, jaką ma wobec samego siebie”.[6]


Naturalna „miłość” do samego siebie to niezbędna i niezbywalna troska o zachowanie własnego istnienia i jego doskonały rozwój aż do osiągnięcia ostatecznego szczytu.[7]


Miłość jest idealnym wzorcem dla rozwoju wszelkich osobowych możliwości, wśród których jest dążenie do bycia szczęśliwym i uszczęśliwiania innych.[8]


JEST zerka jeszcze dalej, dalej wstecz, wszak o kolebkę „miłości” chodzi, bo przecież nie w średniowieczu, także i nie w Złotym wieku starożytnych Aten jej pierwsze kwilenia dało się słyszeć – wówczas nasza oskarżona raczej już wybujale kwitnącą była.


JEST zodział się i zebuł, zmył w przepływającym nieopodal leśnego traktu „Strumieniu Zapomnienia I Powrotu Do Źródeł” z wrośniętych w ciało, umysł i duszę ran i blizn setek pokoleń ludzkich i bezmiaru powynaturzanych, skundlonych, karykaturalnych „uczuć”, których echa oplatały umysł JEST jak gęsta pajęczyna. Idąc pod prąd nurtu strumienia dotarł do Terytorium Starożytnego Bliskiego Wschodu, który – co oczywiste – nie nazywał się podczas wędrówki-JEST-w-czasie ani starożytnym, ani bliskim, ani nawet wschodem – był zwyczajnie centrum doczesnego świata. Wzdłuż rzeki Nil napotykał niewidoczne zjawy postaci ludzkich, które opowiadały mu o dorocznych świętowaniach urządzanych ku czci Bastet, bogini miłości, radości, muzyki, tańca, domowego ogniska i płodności przedstawianej w wizerunkach jako kot lub kobieta z głową kota. Owe podniosłe festiwale gromadziły nawet do kilkuset tysięcy osób. Po przeszło tysiącletnim okresie trwania kult dobiegł kresu, zbiegając się ze śmiercią Kleopatry VII, zwanej też Wielką. Królowa zmarła niemalże na progu nowej ery, jednak – co także oczywiste – był to okres zwykłej ery, okres powszednich dni z rzędu tysięcy lat trwania i panowania wielkiego Państwa nad Nilem, chociaż wielkość ta ledwie się jeszcze tliła, aby w rok po śmierci wielkiej królowej zgasnąć. JEST rozmyślał nad życiem Kleopatry w kontekście rozpoczętego procesu, w którym na ławie oskarżonych zasiadła „miłość”. Wszak w ciągu niedługiego okresu dorosłości Kleopatry (od 17-ego do 39-ego roku życia, po którym zakończyła ziemski żywot) doświadczyła dwóch małżeństw oraz dwóch niemałżeńskich związków z wielkimi tamtego świata – z Juliuszem Cezarem i Markiem Antoniuszem.


Sugestka:


Kleopatra umiała pochlebstwa dzielić nie na czworo, jak mówi Platon, lecz na wielokroć: czy Antoniusz chciał poważnego działania czy żartów, stale dawała mu jakąś nową i pochlebną przyjemność i wychowywała go sobie niczym dziecko, nie opuszczając go ni dniem, ni nocą. Razem z nim grała w kości, razem piła, chodziła na polowania, przyglądała się mu w czasie ćwiczeń z bronią.[9]


Zastanawia się JEST, czy w dziejach Kleopatry można trafić na trop „miłości” – „miłości”, która byłaby udziałem nie tylko królowej, ale i dzielących z nią pewien okres ich życia mężczyzn. Czy poza ambicjami i koniecznościami politycznymi tliły się, a nawet żarzyły się do czerwoności uczucia spowinowacone z „miłością”? A jeżeli tak, to co stanowiło jądro tych uczuć? Czy „przeznaczenie” w postaci obowiązku walki o wielkość i trwałość imperium? A jeszcze wcześniej: umiłowanie własnej roli w tej walce, zadurzenie we własnej osobie piastującej zaszczytne, ale i odpowiedzialne „stanowisko” pani/pana tego świata? A może jednak, przynajmniej w przypadku „partnerów z własnego wyboru” (Cezara i Antoniusza), uczucie łączące te związki było plonem z ziarna „czystej jak łza miłości”, bo i takie określenia można spotkać w opowieściach. Z kolei, jako że każdy związek składa się z co najmniej dwóch osób, czy domniemywanie „miłości jak łza czystej” odnosi się jednocześnie do dwóch osób, które ów związek tworzyły? Tak, pomiędzy wierszami, ponad nimi i wokół nich dał się przez chwilę poczuć unoszący się duch narcyzmu, który jednak prawie natychmiast się rozpłynął z powodu zboczenia, tj. zbyt szybkiego przejścia do wątku owej „łzo‑czystej miłości”. Wprawdzie narcyzm określany bywa jako objaw jednego z licznych zaburzeń osobowości, niejako stan kliniczny, to – z drugiej strony – także owa przebywająca na ławie oskarżonych „miłość” może być źródłem podobnych zaburzeń. Można na obecnym etapie sprawy postawić hipotetyczne pytania (tzn. takie, z których niechybnie wynika odpowiedź na nie): ile czystego pierwiastka „miłości” jest w narcyzmie, i z kolei ile czystego pierwiastka narcyzmu jest w „miłości”? Są to wszak pytania w stylu ile jest „cukru w cukrze”, „mleka w mleku”, masła w maśle” itp., ale jak pokazuje współczesne życie, nie są to pytania bezzasadne. Pozostając chwilę przy owej niebezzasadności pewnych pytań można postawić pytanie, którego (tego pytania) duch ma wbrew pozorom ścisły związek z toczącym się postępowaniem, tzn. „ile miłości jest w miłości”. Jednak jest w tej chwili (na tym etapie postępowania sądowego) niemożliwością wypowiedzenie się chociażby zdawkowo na ten temat, jako że w dalszym ciągu, podobnie jak w ciągu minionych tysiącleci, nie ma „miernika miłości”, co wydaje się jednak zrozumiałe, gdyż nie jest możliwy pomiar czegoś, czego ani słowem, ani nawet „mową myśli” uchwycić się nie da.

Z powodu niemożności sprecyzowania na obecnym etapie trwania procesu trafnych określeń dotyczących prawdziwej twarzy oskarżonej, lecz zarazem z konieczności komunikowania o sprawie, tymczasowo i zastępczo używa się jednak w tej relacji z procesu owych określeń, które w potoczności zwykło się kojarzyć z miłością, z jej rodzajami, pomiotami, bękartami, które to określeniach wymieniono już na wstępie.


Sugestki:


Miłość i nienawiść […] można tylko naocznie uchwycić, ale nie zdefiniować.[10]


…metafizycznie nie do utrzymania jest punkt widzenia, w którym myśli wydaje się, że może dla uchwycenia rzeczy spojrzeć na nie z zewnątrz; możliwy jest niewątpliwie pewien system określenia, system wzrastającej, a nawet nieskończonej złożoności, ale skazany on jest na zagubienie istoty rzeczy. […] jeżeli przyjmuję wobec rzeczywistości postawę wymagającą pełnego wysiłku, aby ją scharakteryzować przestaję z tą chwilą pojmować ją jako rzeczywistość, wymyka mi się ona, mam przed sobą jedynie złudzenie. Złudzenie, którego oczywista spójność mnie zwodzi, napełnia dumą i zadowoleniem, podczas gdy powinna raczej nasuwać mi wątpliwości co do wartości moich poczynań.[11]


JEST nie poszukuje definicji, ale traktuje je jako swoiste katalizatory dla rozmyślań. Unika uogólnień, co nie znaczy, że obserwując toczące się wokół życie nie próbuje wyciągać wniosków. Jednak wobec wniosków stosuje zasadę, że nie należy żadnego wniosku uznawać za ostateczny i niepodważalny. Żacha się na przecenianie roli funkcjonującego w psychologii postaci „prawa domykania”, traktując już samo pojęcie „postać” jako zbyt wąsko rozumiane, jako coś hermetycznie domkniętego. Nieznający granic umysł narzuca sobie w ten sposób pewnego rodzaju ograniczenia, gdy tymczasem jedyną „postacią”, której jednak w najwymyślniejszych kombinacjach domknąć się nie da, jest Wszechświat i ściśle z nim powiązane zjawisko Życia.


Sugestki:


Przyczyn zaburzeń możemy upatrywać w istnieniu zbyt wielu „niedomkniętych sytuacji z przeszłości, które wiążą naszą energię i ograniczają wolność naszych wyborów.


U podstaw wszystkich zaburzeń tkwi zakłócenie procesu samoregulacji. Następuje zachwianie równowagi wewnątrz organizmu i w wymianie z otoczeniem. Powstające figury nie są domykane, a organizm nie może się od nich uwolnić. Naturalny przepływ procesu samoregulacji ulega zahamowaniu. Ten stan nazywany jest impasem. [12]


Nie z „potrzeby przekory” nasuwa się spontanicznie chęć podyskutowania z tym twierdzeniem, a ściślej podyskutowania o skutkach generalizowania zawartych w tym twierdzeniu myśli, w tej „domkniętej definicji”. To raczej potrzeba wyważania zamkniętych drzwi, chęć „odpostaciowywania” posągów prowokuje do wnikliwego przyglądania się twierdzeniom uznawanym za prawa życia.

Zapewne uzasadnione jest „niedomykanie” obszarów rozmyślań, które dotyczą dwóch przynajmniej rzeczywistości w jakich żyjemy. Bronimy się przed innymi (ludźmi), którzy stwarzają nam zagrożenie, a jednocześnie bronimy się przed docieraniem do siebie samych. Zwodzimy siebie samych, ponieważ w sumie i tak jesteśmy pod pręgierzem „panowania” różnorodnych norm, obyczajów, zasad itp. W efekcie (i w afekcie) nie nasza natura „nas ocenia”, lecz drzemiąca w nas społeczność, „społeczna część” naszego „ja”. Chcemy być sobą, ale jednocześnie owe przejawy „bycia sobą” konfrontujemy z tym, co o nas powiedzieliby inni – dochodzi do paradoksu (smutnego... ale czy bywają wesołe?, co najwyżej tragikomiczne), gdy nasze opinie i sądy wypowiadane są przez nas tylko „na użytek zewnętrzny”. Wypowiadamy w „towarzystwie” słowa, zdania, które niby to naszymi przekonaniami są, lecz „wypowiedzi” te podporządkowane bywają pewnemu scenariuszowi... Mówimy jedno a myślimy drugie. Jeden paradoks rodzić może następny: w jakimś gronie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że uczestniczą w farsie; każdy z grona wie, że „gra teatr”, wie także, że inni czynią to samo, wie i to, że także ci inni zdają sobie sprawę zarówno z własnej, jak i z czyjejś gry... Zamknięty krąg, błędne koło.


Uczy nas życie, że domykanie ważnych spraw często bywa zamykaniem się „przed” czymś. Lecz po jakimś czasie, niejako „kuchennymi drzwiami” docieramy do owych zamkniętych spraw ponownie, by je odemknąć, często jednak po to jedynie, aby je ponownie zamknąć, przy czym należy dostrzegać różnicę między „zamykaniem się” a „domykaniem procesu poznawczego”, chociaż zapewne jedno z drugim pozostaje w ścisłym związku. Jak ma się to do postaw wychowawczych? Skoro wiemy, że o tak wielu sprawach jeszcze nie wiemy, że trudne są do nazwania zjawiska psychiczne, które zachodzą w każdym z nas, to jak ów stan wiedzy, także niewiedzy, sprzyjać może „spojrzeniu prawdzie w oczy”, że jednak możemy się mylić, gdy występując w roli np. wychowawcy uzurpujemy sobie prawo do tego, że przede wszystkim my, dorośli, wiemy najlepiej, jakie to podświadome (także świadome) procesy psychiczne rozgrywają się w młodym człowieku, w dziecku. Natychmiast wyłania się problemu „natury ludzkiej”. I oczywiście jak bumerang przy takim postawieniu sprawy powraca pytanie, które nie tyle istoty natury człowieka dotyczy (tzn. docierania do tej istoty), ile: która z „natur” w dorosłym dominuje, czy też którą z nich ów dorosły reprezentuje – „rzeczywistą” czy „wykoncypowaną”, a może: w jakim stopniu jedną, a w jakim drugą? Są to, wbrew pozorom, pytania natury praktycznej, na które – w części – uzyskujemy odpowiedzi, gdy zastanawiamy się, jaka w danym układzie wychowawczym panuje atmosfera. Jeśli w swojej filozofii wychowania zastanawiamy się przede wszystkim nad tym, czy też od tego wychodzimy, jaki wychowanek „ma być, a nie „jaki jest”, to czy nie kłóci się to z naukową wiedzą, zgodnie z którą nie tylko nie wiemy do końca, jacy jesteśmy, ale – zgodnie z którą – wiemy także, że bardzo różni jesteśmy?


Otwartość umysłu to zaprzeczenie zamkniętości i stagnacji.

Sugestka:


Planujemy (…) sprawdzić czy wzbudzenie odpowiedniego motywu (np. potrzeby unikania domykania) pozwala przezwyciężyć systemowe (i sytuacyjne) ograniczenia poznawcze związane, na przykład, z niską pojemnością pamięci roboczej. Interesujące byłoby także sprawdzenie do jakiego stopnia ten spodziewany mechanizm kompensacyjny działa, co wymaga zwrócenia uwagi na dynamikę procesów poznawczych i motywacyjnych. Oczekujemy, że uda się także pokazać, iż motywacja do domykania poznawczego wydatnie umniejsza możliwości poznawcze związane z wysoką pojemnością pamięci roboczej, co uwidoczni się w niższym poziomie działania.[13]


Niedaleko „definicjowania” można spotkać „szufladkowanie”. Można (lub nie) zgodzić się z tym, że szufladkowanie jest zjawiskiem normalnym, a jeśli nie do końca normalnym, to powszechnym – taką nieuniknioną przywarą naszą ludzką – i nie ma sensu szufladkowania krytykować, a co najwyżej należałoby przyjrzeć się źródłom, celom i kryteriom szufladkowania. Owszem, w ten sposób można by dojść do wniosku, że jedno szufladkowanie byłoby wartościowsze od innego, a już na pewno nasze osobiste lepsze od szufladkowania w wykonaniu kogoś innego. Kij ma wprawdzie dwa końce, jednak dla wprawnego piechura każdy z tych końców spełnia ważną rolę, zaś niewprawny może się o niego potykać.

Są pory dnia i pory roku – jedna następuje po drugiej, ktoś rodzi się i umiera, przewraca się i podnosi, chociaż w tym ostatnim przypadku niekoniecznie i nie zawsze po jednym przychodzi drugie, czyli że po upadku się podnosimy. I nie o to idzie, czy podniesiemy się, czy też nie, bo chodzi jedynie i przede wszystkim o to, że naturalne są niektóre zjawiska, te podstawowe, na które w sumie nie ma się wpływu. Pewne i niepodważalne jest to, że na Ziemi istnieje życie, prawdopodobne zaś to, że za ok. 5 miliardów lat – jeśli nie załatwimy tego wcześniej – przestanie istnieć. Naturalnym biegiem zjawisk po nocy następuje dzień, czy też po dniu noc. I nieistotne w tym miejscu jest pojawiające się zaraz pytanie: co było pierwsze – dzień czy noc, gdyż byłoby to już zbyt dogłębnym wnikaniem w procesy rodzenia się zjawisk, podobnie z zastanawianiem się nad „granicami” nieskończoności we Wszechświecie. Próby wyobrażenia sobie tej nieskończoności, czyli czegoś, co przestrzennie nigdy i nigdzie się nie kończy, ale i nie zaczyna... próby takie obłędem skończyć się mogą...

*

JEST nie spieszył się z wyruszeniem w dalszą drogę. Chciał w obecności ducha dawnych bogów głębiej porozmyślać o bogini Basted, w szczególności zaś o sferach życia, których była patronką (miłość, radość, muzyka, taniec, domowe ognisko i płodność). Można natknąć się także na określenie jej jako bogini wojny i przyjemności. Należy jednak – powtarza sobie JEST – cały czas mieć na uwadze to, że pomimo kąpieli w „Strumieniu Zapomnienia I Powrotu Do Źródeł” pozostaje jednak w dalszym ciągu zrośnięty z językiem, z „mową myśli”, z którymi rozpoczął wędrówkę do źródeł, a ściślej do granicy z pierwotnym chaosem. W przeciwnym razie zapomniałby JEST, w jakim celu swą pielgrzymkę rozpoczął. Im głębiej spogląda w sfery oddziaływań bogini Basted, tym wyraźniej dostrzega odległość, którą ma jeszcze do pokonania. Rozróżnianie, rozdrabnianie bycia nie tylko ludzi, ale i bogów na owe sfery zdaje się świadczyć o próbach swoistego rozszczepiania jądra/sedna/istoty bądź to boskiego, bądź ludzkiego jestestwa. Bo czy miłość, radość, muzyka, taniec, domowe ognisko, płodność, a nawet zestawione w parze wojna i przyjemność nie wyrastają ze wspólnego pnia? Czyż nie są takie próby podziału źródłem konstruowania pojęć typu „miłość macierzyńska”, „miłość braterska”, „miłość erotyczna”, „prawdziwa miłość” itd.? Pojęć, którym następnie nadaje się status rzeczywistości. Niezasadność takich zabiegów ukazał dobitnie Zenon z Elei na przykładzie chociażby słynnej już strzały, która to lecąc pozostaje nieruchomo w powietrzu, lub szybkonogiego Achillesa, który nie ma szans na dogonienie żółwia. Ćwiartowanie czy to ruchu, czy – tym bardziej – życia emocjonalnego i uczuciowego to zajęcie niewątpliwie sprzyjające gimnastyce umysłu i zarazem marszowi milowymi krokami ludzkiej myśli, jednakże anatomiczne, jedynie anatomiczne, traktowanie życia, w szczególności jego sfery emocjonalno-duchowej skutkować może czymś na wzór magazynu eksponatów przechowywanych w słojach z formaliną.

JEST podążył dalej, wszak do odwiedzenia pozostały mu jeszcze obszary wzdłuż Morza Śródziemnego aż do Morza Czarnego wraz z Syrią i Palestyną, tereny nad Zatoką Perską, a tam Mezopotamia północna (Asyria) i południowa (Babilonia) oraz ziemie aż do Kaukazu i Indusu. Odsapnąć planuje w Sumerze, wszak po drodze do Afryki przemierzyć zamierza jeszcze Azję i Australię, może nawet obie Ameryki. Z Afryki już tylko niewielki krok do granicy między historią i prehistorią.


Podszeptka:


Jedynie „miłość” macierzyńska jest czysta, bezinteresowna, choć bywa ślepa. Sędzia także może być „ślepy” na uczucia.


Sugestki:


„miłość” to najbardziej egoistyczna ze wszystkich namiętności.[14]


…miłość matczyną uważa się za najwyższy rodzaj miłości, za najświętszą spośród wszystkich uczuciowych więzi. Wydaje się jednak, że prawdziwym osiągnięciem matczynej miłości nie jest jej miłość do niemowlęcia, lecz jej uczucie do rosnącego dziecka. Przeważająca większość matek kocha swoje dzieci, póki są małe i całkowicie od niej zależne. Większość kobiet pragnie mieć dzieci i cieszy się nowo narodzonym dzieckiem oraz gorliwie się o nie troszczy. Dzieje się tak mimo tego, że nie „otrzymują" one od dziecka nic w zamian poza uśmiechem lub wyrazem zadowolenia malującym się na jego twarzy. Wydaje się, że taki stosunek do miłości wynika częściowo z głęboko zakorzenionego zespołu instynktów, który można spotkać zarówno u zwierząt, jak i u kobiet. Ale niezależnie od znaczenia, jakie może mieć ten czynnik instynktu, działają tu również specyficznie ludzkie czynniki psychologiczne, które rodzą ten typ miłości macierzyńskiej. Jeden z nich można odnaleźć w elemencie narcyzmu miłości matczynej. Ponieważ kobieta dalej odczuwa niemowlę jako część samej siebie, jej miłość i zaślepienie może być zaspokojeniem jej narcyzmu. Innym umotywowaniem może być pragnienie władzy lub posiadania u matki. Bezradne i najzupełniej zdane na jej wolę dziecko zaspokaja w sposób naturalny władcze i zaborcze instynkty kobiety.[15]


NEWSWEEK POLSKA: Zarówno „Galerianki”, jak i „Bejbi blues” dotykają tematów, które w polskim społeczeństwie, zwłaszcza wśród starszego pokolenia, są wciąż pewnego rodzaju tabu. W pierwszym przypadku jest to płatny seks gimnazjalistów, w drugim dziecko jako gadżet wykorzystany do wejścia w dorosłość i zaspokojenia potrzeby bliskości.

KATARZYNA ROSŁANIEC: Tak, tylko w przypadku „Bejbi blues” wykorzystanie dziecka do zaspokajania swoich potrzeb i braków jest pokazaniem skrajnie ekstremalnego rozwiązania. To, co zrobiła Natalia jest ekstremalne i oczywiście większość nastolatków nie postępuje w ten sposób. Tylko, że to nie jest do końca ważne, bo rozmawiamy o filmie fabularnym. Bardziej chciałam pokazać łatwość i bezmyślność podejmowania decyzji. Poczucie, że „Ja wszystko mogę i co wymyślę, to będę miała”. I w tym wypadku, jak jestem niekochana, urodzę sobie dziecko. Drugą sprawą jest, że czytałam kiedyś artykuł w „Wysokich Obcasach” o modzie na posiadanie dzieci i ktoś napisał to chyba na podstawie pewnych badań i danych, więc raczej jest to prawdziwe. W Europie dzieje się tak coraz częściej, że młode dziewczyny rodzą dzieci, bo chcą mieć kogoś do kochania. To dało mi do myślenia, jak wielka musi to być samotność tych nastolatek, żeby urodzić dziecko.[16]


Czy dziecko może być lekarstwem na samotność?

Kasia Rosłaniec: To trudne pytanie. Z jednej strony można powiedzieć, że dziecka nie można traktować przedmiotowo. Czyli tak jak główna bohaterka mojego filmu, Natalia, 17‑letnia matka, która traktuje swoje dziecko jako dodatek do sukienki, bo nie dorosła odpowiedzialnością do roli matki. Z drugiej strony często się zdarza, że kobieta 40-letnia rodzi dziecko, bo czuje się samotna. Czy można to potępić? Nie wiem. Być może takie dziecko będzie najszczęśliwsze na świecie.[17]

*

Proces został odroczony. JEST pozostaje na wędrówce w czasie i przestrzeni. Nie wiadomo kiedy powróci i czy proces zostanie wznowiony. Chodzą słuchy oparte na podejrzeniach czyli na plotkach, że sprawdza smaki różnych miłości; podobno zamierza tak długo, tak daleko cofać się w czasie, aż znajdzie się w epoce, w której nikt o miłości nie słyszał, nikt jej nie widział, a tym bardziej nie czuł jej na sobie ani w sobie. Jeśli dotrze już do takiego momentu to zacznie powoli cofać się do teraźniejszości dokładnie się wokół rozglądając, aby odnaleźć miejsce i czas, w którym obok naturalnego w świecie roślin i zwierząt „czystego seksu” oraz kilku podstawowych pierwotnych uczuć dałoby się dostrzec oznaki czegoś na kształt miłości. Zrozumiałe jest, że przygląda się dokładnie i głównie pierwotnym uczuciom pozostającym w ścisłym związku, z dającymi się policzyć na palcach jednej ręki potrzebami życiowymi. Ów „czysty seks” nie zawsze jest taki czysty. Mijając, a raczej omijając stado szympansów zatrzymał się JEST na chwilę, aby podejrzeć i spróbować zrozumieć, ewentualnie z ludzkim porównać panujące tam społeczne życie, osobnicze życie w społeczności. Poczuł się w trakcie tych obserwacji jak „u siebie w domu”, czyli w czasie i społeczeństwie, z którego wyruszył. Dopatrzył się przejawów zachowań porównywalnych z ludzkimi, np. z homoseksualizmem i z prostytucją. Raz spostrzegł psa, który zbliżył się przypadkowo do kolonii małp. „Wszystkie małpy uciekły przed nim, lecz jedna została i przybrała pozycje recepcyjną. Pies skorzystał z oferty i odtąd małpa często schodziła do niego z drzewa w celu spółkowania”.[18]



post scriptum

Proces, który ledwie się zaczął, a już się zakończył, toczył się i tak z przymrużeniem oka, co nie musi zaraz oznaczać, że sędzia był na przykład półślepy, czyli półwidzący.




[1] zasłyszana lub wykonkludowana (ale prawdopodobna) uwaga w sprawie.
[2] podobna w znaczeniu dowodowym do „podszeptki”, jednak oparta na wywodach naukowych lub paranaukowych lub nawet nienaukowych, ale udokumentowanych na piśmie.
[3] Gabriel Marcel, Mieć i być, Warszawa 1986, s. 133.
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Mi%C5%82o%C5%9B%C4%87_w%C5%82asna
[5] Św. Augustyn, Sermo 368: w: PL 39, s. 1655 (wikipedia).
[6] Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, III, q. 28, a. 1, ad 6 (wikipedia).
[7] Tomas Melendo, Ocho lecciones sobre el amor humano, Rialp, Madrid 2002, s. 175 (wikipedia).
[8] Michel Esparza, „miłość” i szacunek do samego siebie, s. 107. Promic, Warszawa 2012 (wikipedia).
[9] Plutarch z Cheronei „Żywot Antoniusza” 29 [w:] „Żywoty sławnych mężów”.
(w: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kleopatra_VII).
[10] Max Scheler, Miłość i nienawiść w: Istota i formy sympatii, PWN 1970, s. 236.
[11] Gabriel Marcel, Mieć i być, Warszawa 1986, s. 145.
[12] http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=28
[13] http://www.swps.pl/warszawa/warszawa-uczelnia/358-warszawa/studia-doktoranckie/doktoranckie-promotorzy-20092010/6272-doktoranckie-dr-hab-magorzata-kossowska-prof-uj
[14] Aleksander Dumas (ojciec).
[15] Erich Fromm, O sztuce miłości, Poznań 2003, ss. 58-59.
[16] http://filmy.newsweek.pl/roslaniec-o-polskich-nastolatkach--niebanalni--wszechmocni--bezmyslni--egoistyczni,100399,1,1.html
[17] http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1684055,kasia-roslaniec-dziecko-to-nie-dodatek-do-sukienki-nie-moze,id,t.html
[18] Elżbieta Fonberg, Nerwice. Przesądy a nauka, Warszawa 1974.